Podróżowanie w czasie pandemii

Podróżowanie w czasie pandemii

Jak to zwykle bywa…

Zupełnie nie tak miało być. W grudniu 2019 wyruszyłam z Polski na południe Hiszpanii, gdzie – po raz już któryś z kolei – ze szczura lądowego uległam transformacji w rasową żeglarkę i kolejnych kilka miesięcy spędziłam na morzu. Z Hiszpanii na Wyspy Kanaryjskie, z Wysp Kanaryjskich na Wyspy Zielonego Przylądka, z Wysp Zielonego Przylądka na Małe Antyle… Dalej miało być: z Małych Antyli na Wielkie Antyle, stamtąd na kontynent północnoamerykański i później już prosto przez wschodnie Stany Zjednoczone do Kanady. Ale w międzyczasie nastąpił marzec 2020 i plany podboju Karaibów wzięło licho. Miałam być na morzu, a zostałam – dosłownie – uziemiona, na lądzie, na mojej starej, jarej Gwadelupie. Bez adresu, znajomości (znajomi ze studiów już dawno zdążyli się stąd wyprowadzić), czy perspektyw. A zatem, konieczna była improwizacja.

Siedmiu wspaniałych

Ekipa Nicolas i Carole

Najpierw, jeszcze zanim ostry cień mglistej epidemii przysłonił horyzont, trafiłam do Nico (dzięki ci, o stary, dobry Couchsurfingu!). Kiedy dotarłam do jego mieszkania, dowiedziałam się, że jestem jedną z płynnej liczby siedmiu osób, które były przez niego aktualnie goszczone (owa „płynność” siódemki wynika z faktu, że codziennie następowały fluktuacje w naszej ilości: ktoś ubywał, ktoś przybywał, reszta zostawała…). Tak właściwie to nie Nico był jednak naszym gospodarzem, lecz jego dziewczyna, Carole. Jako weterynarz, Carole otrzymała krótkoterminową posadę na Gwadelupie, a w bonusie do niej mieszkanie, Nico tylko jej towarzyszył. Nie pracując w tym czasie, miał go stanowczy nadmiar, więc chcąc połączyć przyjemne z pożytecznym, postanowił przygarniać pod swój dach wszystkie zbłąkane dusze. Dzięki swojej charytatywnej działalności, smutna cisza i spokój, które wypełniały mieszkanie, kiedy Carole była w pracy, zamieniły się w głośny gwar wesołej siódemki podróżników. Połowa z nas podróżowała drogą morską, druga połowa – powietrzną. W ciągu dnia wymienialiśmy doświadczenia, praliśmy styrane podróżą łaszki, odpowiadaliśmy na zaległą korespondencję, a przede wszystkim planowaliśmy pospolite ruszenie naprzód, w dalszą podróż. Wieczorami z kolei, wszyscy razem cieszyliśmy się karaibskim klimatem piknikując na plaży, pichcąc, muzykując i grając. Życie było całkiem miłe!

Dalsze podboje? Chyba jednak nie…

W ciągu kolejnych, błogich, karaibskich dni znalazłam jacht, który miał mnie zabrać na Puerto Rico w towarzystwie sympatycznej włosko-tajskiej rodziny, której ojciec-kapitan odnowił własnymi siłami około stuletni żaglowiec, tworząc z niego arcydzieło. Ale gdy tylko wszystko wydawało się już dobrze ułożone, nadeszły koronawirusowe wieści. Epidemia dotarła na Karaiby ze znacznym opóźnieniem, dlatego do ostatniej chwili życie przebiegało tu jak gdyby nigdy nic. Wieczorem, w nabrzeżnych barach i klubach grała muzyka, ludzie tańczyli tańce-przytulańce, plaże tętniły życiem. Z dnia na dzień wszystko się zmieniło i cała wyspa dosłownie opustoszała.

 

Wielce niechciany gość

Costa Magica za dnia…

Mieszkając u Nico i Carole miałam okazję oglądać z bliska ciekawy spektakl. Ich mieszkanie znajdowało się w bezpośrednim sąsiedztwie portu, do którego przybijały wielkie tzw. paqueboty – czyli gigantyczne statki pasażerskie, które w swojej pojemności mogłyby pomieścić kilka Titaniców. Jeden z nich, o nazwie Costa Magica, właśnie przybił do brzegu, wioząc na pokładzie kilka tysięcy sfrustrowanych i przerażonych pasażerów. Już od kilku dni chodziły plotki, że dwie osoby pochodzenia włoskiego, które znalazły się na statku, były jednymi z ostatnich, którym udało się wydostać z Włoch tuż przed zamknięciem granic państwa. Choć nie było na to dowodów, istniało zwiększone ryzyko, że Costa Magica wiozła na swoim pokładzie ogniska choroby. Gdy wiadomość rozeszła się wśród pasażerów, wybuchła panika, a wraz z nią rozpoczęło się szykanowanie i wzajemne obwinianie. Tysiące ludzi domagało się zejścia na ląd, aby oddalić się od źródła zagrożenia i móc zabarykadować się we własnych domach. Tyle tylko, że wszystkie pobliskie kraje, jeden po drugim, zamykały przed Costa Magica swoje granice i odmawiały im przybicia do portu. Statek włóczył się po morzu przez kilka dni zanim w końcu Gwadelupa zezwoliła mu na postój i uwolnienie rozhisteryzowanych pasażerów.

…i Costa Magica nocą.

I teraz oto, raptem kilkadziesiąt metrów od balkonu mieszkania Nico i Carole, stało pływające miasto, Costa Magica, a zza barierek pokładowych korytarzy wyglądali przygnębieni pasażerowie. Co kilka minut do naszych uszu dobiegał głos z megafonu, który ogłaszał w dziesięciu językach kolejne procedury. Okazało się, że owszem, na statku znajdowały się dwie osoby, u których potwierdzono zarażenie koronawirusem. Nie byli to jednak Włosi, tylko jeden obywatel Indonezji i jedna obywatelka Finlandii, których już odizolowano i objęto leczeniem na statku. Pozostali pasażerowie, domagający się natychmiastowego „uwolnienia”, musieli czekać. Załoga Costa Magica dogadywała się z oficjelami Gwadelupy i linii lotniczych, aby zorganizować loty dla wszystkich znajdujących się na pokładzie nacji. Wypuszczano ich w grupach składających się tylko z osób tej samej narodowości, i prosto ze statku wieziono na lotnisko, gdzie już czekał samolot mający zabrać ich do ojczyzny. Tymczasem na Gwadelupie, przed przybyciem Costa Magica stwierdzono zaledwie 2 przypadki zarażenia. Po przybyciu paquebota, ta liczba gwałtownie wzrosła. Nie można jednak stwierdzić, czy afera z przybijaniem do portu miała jakikolwiek wpływ na wzrost liczby zachorowań.

 

 

Gorzej być nie może

Moim miejscem docelowym na najbliższy rok lub więcej miała być Kanada. Gdy w Europie zostawały zamykane jedne po drugich granice państw, wiedziałam że nie ma na co czekać. Epidemia jeszcze nie zdążyła się nazbyt rozpanoszyć po kontynencie północnoamerykańskim, ale lada dzień mogło się to zmienić. Póki co granice i Kanady, i USA, pozostawały otwarte. Chwila zawahania: co robić, zostać na Gwadelupie, wracać do Europy, przedostać się do Kanady? – kosztowało mnie zamknięcie granic do USA. Pozostać na Gwadelupie nie wiedząc na jak długo? Wracać do Eur

Gwadelupa, jeszcze przed kwarantanną.

opy, po której nawet nie będę się miała jak przemieścić do domu? W grę wchodziły tylko loty bezpośrednie Gwadelupa-Kanada. I tak szczęśliwie się zdarzyło, że takie loty wciąż były realizowane. Kupuję bilet, hurra! Teraz wystarczy odczekać 3 dni do lotu i wszystko się ułoży. I oto kilka godzin po zabukowaniu lotu spada kolejny grom: Kanada właśnie zamknęła granice. Nie ma jak anulować biletu, więc zaczynam batalię z liniami lotniczymi o zwrot kosztów (co wcale nie jest rzeczą oczywistą, a nawet – karkołomnie trudną!).

 

Nowa, (nie)piękna rzeczywistość

Opustoszałe ulice Pointe-a-Pitre po wprowadzeniu nowych przepisów.

Utknęłam zatem na Gwadelupie, bez znajomości, bez możliwości swobodnego przemieszczenia się, bez dachu nad głową – musiałam w końcu uwolnić od siebie moich cudownych gospodarzy, Nicolas i Carole. Wtedy do głowy wpadł mi WWOOFing. Taka opcja miała praktycznie same zalety: bezpłatny dach nad głową na czas nieokreślony w zamian za lekką pracę w terenie. Znalazłam idealne miejsce w pięknej lokalizacji między morzem a dżunglą, u… kanadyjskiej rodziny. Pozostawała kwestia tego, jak się do nich dostać. Dokładnie w dniu, w którym miałam zostać przyjęta przez moich gospodarzy, we Francji (a więc i na Gwadelupie) wprowadzono bardzo wysokie ograniczenia – odtąd każde wyjście z domu miało być uzasadnione specjalnym dokumentem, a wszystkie środki publicznego transportu zostały zawieszone. Jedyne wyjście, jaki mi pozostawało, to autostop. Wydrukowałam wymagany papier, wypełniłam – ale tylko w połowie, nie podając daty (jeśli nikt mnie nie skontroluje, to będę mogła użyć ten sam papier innego dnia – po co marnować drzewa?), ani adresu (bo jaki miałabym podać – ten, z którego wyruszyłam, czy też ten, do którego zmierzam, a może mój polski?). Jedyne uzasadnienia opuszczenia domu tolerowane przez oficjeli, to:

– niezbędne przejazdy do miejsca wykonywania aktywności zawodowej niedającej się zastąpić pracą zdalną
– konieczność nabycia żywności w najbliżej znajdującym się sklepie spożywczym
– konieczność odbycia konsultacji lekarskiej
– motyw rodzinny, tylko do opieki nad osobami tego wymagającymi
– uprawianie sportu w limicie 1 godziny dziennie i w odległości do 1 km od miejsca zamieszkania
– wymóg prawny lub administracyjny

Francuskie „Zaświadczenie o przemieszczeniu”.

W moim przypadku nie istniało wiele opcji – właściwie to była tylko jedna: przejazd do miejsca wykonywania pracy. W momencie wyjścia z domu Nicolas i Carole miałam ponad 3 godziny do zachodu słońca na pokonanie raptem 50 km. Łapanie autostopu nie szło najłatwiej, ale też nie było bardzo trudno: główny problem polegał na tym, że choć auta chciały się zatrzymywać, to zwykle wiozły mnie tylko przez kilka kilometrów, bo później nasze drogi się rozchodziły. Dlatego tych 50 km pokonałam sześcioma różnymi samochodami, a niemałą część również pieszo. Wśród moich kierowców znalazł się jeden pracownik odpowiedzialny za odbiór wielkiego kontera pełnego masek i środków higienicznych, który właśnie z Francji dopłynął na Gwadelupę, oraz jedna pani sprzedająca pieluchy dla niemowląt, która gdy tylko usłyszała, że na Gwadelupę dotarłam drogą morską, zatrwożyła się, czy aby nie byłam jedną z pasażerek nieszczęsnego paquebota Costa Magica…

Ja versus władza

W trakcie tego niezwykłego, 50-kilometrowego wojażu, przytrafiła mi się też ciekawa przygoda. Francja podeszła do kwarantanny z najwyższą powagą, od pierwszego dnia zakazu wychodzenia z domu mobilizując wszelkie zasoby policji i żandarmerii w kraju. Stojąc na poboczu drogi i usiłując złapać kolejnego stopa, zdałam sobie sprawę, że złapałam… żandarmów. Jak krwiożercze bestie pierwszego dnia po wypuszczeniu na wolność, bardzo się mną zainteresowali. W końcu będą mogli pokazać, kto tu rządzi! A nie tak, jak w normalnych czasach, gdy muszą siedzieć cicho i tylko raz na długi czas na horyzoncie pojawi się jakiś poważny przestępca. W samochodzie było ich aż czterech na raz – zapewne po to, żeby, w razie czego, mogli malwersanta unieruchomić i rozbroić. Jeden z nich wydawał się uważać za ważniejszego za pozostałych. Z uśmiechem kogoś, kto wygrał na loterii, skrywanym pod poważną maską obrońcy prawa, wychylił się przez okno pojazdu.

– Co tu się wyprawia?
– Niestety zamknięto wszystkie środki transportu, a ja muszę się dostać do miejsca pracy – odparłam.
– A maska gdzie jest??
– Yyy… masek póki co nie ma w żadnym sklepie i, o ile mi dobrze wiadomo, jak dotąd nie są one obowiązkowe.

Moja odpowiedź wyraźnie go rozwścieczyła.

– W takie gierki ze mną pogrywasz, tak, tak?? – „Szefu” dał znak swoim sługom, żeby zatrzymali pojazd tuż przy moich stopach. Wszyscy wysiedli z samochodu i otoczyli mnie.
– Karta usprawiedliwienia jest? – zapytał władczym tonem. W przypadku jej braku żandarmeria i policja miały prawo wlepić mandat w wysokości od 35 do 135 euro, według własnego upodobania. W oczach mojego rozmówcy dało się dojrzeć uczucie triumfu, że mu się tak łatwo nie wywinę.
– Jest – odpowiedziałam niewinnie. – Pokazać?

Ten konkretny dzień był pierwszym dniem obowiązywania nowych reguł i większość ludzi jeszcze nie dowierzała, że od teraz tak będzie wyglądała rzeczywistość. W związku z tym, nieprzygotowani na zasadzkę obywatele w dużym stopniu przyczynili się tego dnia do powiększenia rządowej kasy.

„Szefu” chwycił moją kartę w gołe ręce i dokładnie ją przestudiował. Kazał uzupełnić datę i adres francuski, lecz mogłabym podać zupełnie dowolne dane, ponieważ nie miał możliwości ich weryfikacji. Zażyczył sobie jeszcze zobaczyć mój dowód osobisty, tak jakby był pewien, że podałam fałszywe nazwisko. Dowód okazałam, a „szefu” znów przestudiował go z bliska. „A niech to, do czego by się tu przyczepić?” – musiał sobie powtarzać w myślach. Nic nie mogąc znaleźć, zrezygnował. Coś nabazgrolił na mojej karcie usprawiedliwienia, po czym oddał mi ją wraz z dowodem osobistym. Pokazał dłonią swoim sługom, by wsiedli z powrotem do wozu, a na odchodnym rzucił:

– Twarz czymś zakryć jak do samochodu wsiada!

Jak sobie zażyczył, tak zrobiłam, rozmyślając o tym, do zarażenia ilu kolejnych osób doprowadziłoby zachowanie żandarma, gdybym rzeczywiście była chora. Sam maski oczywiście nie nosił, do zatrzymanych zbliżał się na mniej niż pół metra, dotykał dokumentów, po czym je oddawał, czyli, krótko to ujmując – kultywował zarazę. Ale grunt to to, że stał na straży prawa i wlepiał mandaty Bogu ducha winnym obywatelom, bo tak mógł, a co!

Mój kanadyjski zakątek na Karaibach

Moje darmowe karaibskie lokum

Większość kierowców, z którymi tego dnia jechałam, podchodziła luźno do tematu epidemii: warto być ostrożnym, ale nie ma co się dać zwariować. Już grubo po zmierzchu dotarłam do posiadłości mojego nowego gospodarza: Kanadyjczyka André, który prowadził pokoje gościnne na skraju dżungli. W zamian za kilka godzin ogrodnictwa dziennie udostępnił mi nieodpłatnie pokaźne mieszkanie wybudowane w stylu architektury karaibskiej, pięknie udekorowane i z widokiem na puszczę, ze które klienci w normalnych warunkach płaciliby niemałe kwoty. Jednak z powodu epidemii nie miałam możliwości spędzać czasu z ludźmi, nawet jeśli byli to moi gospodarze. Kontakty ograniczały się do krótkiej wymiany zdań kilka razy dziennie, i to by było na tyle. Nie miałam pojęcia, czy tak przyjdzie mi spędzić jeszcze tydzień, miesiąc czy kilka miesięcy. Z dala od bliskich i przy niemożliwości swobodnego przemieszczania się, czas bardzo mi się dłużył. Zupełnie jednak nie brałam pod uwagę rozwiązania, które spadło na mnie z nieba któregoś słonecznego dnia.

Złap mnie, jeśli potrafisz

Taras z widokiem na puszczę.

Po około tygodniu pobytu u Kanadyjczyków, otrzymałam niespodziewanego maila. Młody skipper, lat 21, potrzebował załogi na rejs powrotny z Karaibów do Europy swoim 45-stopowym katamaranem. Z góry uprzedzał, że na taki rejs trzeba sobie zarezerwować co najmniej jeden cały miesiąc. Chciał odpłynąć już za dwa dni, choć nie wiedzieliśmy o sobie nic więcej, niż mówiły nasze krótkie opisy na stronie internetowej poświęconej żegludze. W pierwszej chwili pomyślałam: „Przecież dopiero co spędziłam kilka miesięcy na morzu, w tym ostatnich parę tygodni na moim pierwszym rejsie transatlantyckim. Nie ma mowy, żebym się miała teraz ruszać z lądu!”.

Lecz oferta była kusząca. Wirus uniemożliwił mi kontynuację zaplanowanej podróży, a teraz ja miałam szansę, żeby uciec mu tak daleko, jak tylko się da w obrębie naszego globu, i uniemożliwić mu zakłócanie błogiej codzienności. Poza tym, zależało mi, żeby poznać prawdziwą twarz Atlantyku, o zmiennych nastrojach i całym kalejdoskopie pejzaży. W trakcie mojego pierwszego rejsu tego nie doznałam: pogoda była cały czas albo dobra, albo bardzo dobra, wiatr stabilny, cały czas wiejący ze wschodu na zachód, żadnej burzy, wielkich fal, nadzwyczajnych przeżyć. Trzeba dać mu drugą szansę!

I stało się.

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *