Iquitos – zgiełk, motoriksze i autobusowi machos

Witaj, dżunglo!

I dzień w Amazonii

Z lotniska zabrałam się z grupą poznanych na nim osób: dwiema Amerykankami, Alex i Nicole, oraz Francuzem Thomas. Chcieliśmy, jako gringos, razem zabrać się taksówką do centrum, żeby zapłacić czterokrotnie mniej niż gdybyśmy jechali oddzielnie. Ale tutaj czekała nas kolejna niespodzianka: tutejsze taksówki to motoriksze z jedynie dwoma, maksymalnie trzema miejscami pasażerskimi. Wygląda to jak pół motocykla, na którym siedzi kierowca, z przyczepą zakrytą dachem, za to bez jakichkolwiek ścian. Było nawet miejsce na bagażnik z tyłu, za siedzeniem, na specjalnym stelażu. Zabieram się zatem z Francuzem, Amerykanki jadą razem. Po wyjeździe z lotniska spotyka nas niesamowity widok: po całej szerokości wielkiej ulicy mkną jak szalone motoriksze, motocykle, skutery i autobusy w stanie intensywnego rozkładu, za to nie było ani jednego samochodu. Autobusy, choć sprawiały wrażenie bardzo nędznych, potrafiły mknąć wcale nie wolniej niż motocykle, więc gdy zabierał się taki do wyprzedzenia naszej rikszy, wrażenie było dość szczególne. Hałas, jaki to wszystko wywoływało, to zjawisko, które trzeba po prostu… usłyszeć. Motocykle są o wiele głośniejsze niż samochody, więc gdy wszystkie odgłosy razem się na siebie nałożą, ciężko usłyszeć własne myśli. Jednak mi się podobało! Dwie chaotyczne rzeki, w dwie różne strony płynące, i na każdą z nich składał się rwący potok barwnych motorikszy.

Gdyby tego było mało, Iquitos, mieścina w samym środku dżungli, to w rzeczywistości ogromne miasto! Sprzeczam się z Francuzem o liczbę mieszkańców: mnie się wydawało, że jest ich około 300 000, Thomas twierdzi że już pół miliona. Później miało się okazać, że miał rację. W dodatku w Iquitos praktycznie nie ma wielopiętrowych budynków, co wymusza zajmowanie ogromnej przestrzeni. Z lotniska do centrum jedziemy niespodziewanie długo, za to wrażenia są tak niezwykłe, że wcale nam się nie nudzi. Iquitos to także stolica regionu Loreto zajmującego największą część dżungli należącej do Peru.

Gdy tylko riksza staje i nie chłodzą nas już podmuchy wiatru (i nader intensywne opary spalin…), odczuwamy upał ze zwielokrotnioną siłą. W pierwszym możliwym miejscu wskakuję w po raz drugi (sic!) użyte w trakcie tej podróży krótkie spodenki i najbardziej odkrytą bluzkę, jaką miałam. Pomogło? Ani trochę. Chyba poważnie zastanowię się nad opatuleniem się w suknie i turbany jak ostatni muzułmanin – w końcu mieszkaniec pustyni musi wiedzieć, co to upał. Póki co jednak cały pierwszy dzień Amazonii wytyczy mi obrzydliwe lenistwo powodowane kompletnym nieprzyzwyczajeniem do tutejszego klimatu. Ociekałam z każdej strony, a kroki moje były spowolnione jak nigdy dotąd. Już wiem, co mój przyjaciel z Limy miał na myśli mówiąc, że tutejszy upał dosłownie się wdycha, odczuwa się go we wszystkich wnętrznościach, choć temperatura w rzeczywistości nie jest wcale tak wysoka – wszystkiemu winna wilgotność powietrza.

Sądziłam, że pierwszego dnia obskoczę całe miasto, ale już sam spacer do pobliskiej restauracyjki w towarzystwie moich kompanów włókł się w nieskończoność. Po leniwym posiłku rozdzieliłam się od reszty i udałam na poszukiwanie mojego celu: Pilpintuwasi. Jak zwykle z nieocenioną pomocą miejscowych udało mi się znaleźć właściwy autobus. W Iquitos, jak i w wielu innych miejscach w Ameryce Południowej, nie ma przystanków autobusowych. Idea została przejęta przez samoloty, na autobusy po prostu się macha. Trzeba wiedzieć dokładnie jaką trasą przejeżdża, ustawić się przy chodniku, mieć szczęście, że nie zostanie się akurat przesłoniętym przejeżdżającą rikszą, i że dostrzeże się z odpowiedniej odległości mikroskopijny numerek nadrukowany na przedniej szybie, i wreszcie trzeba mieć też niezłego fuksa, że autobus w ogóle postanowi się zatrzymać, bo czasami miewa humory i chociaż z pewnością widzi machającego delikwenta, nie ma wcale ochoty zwalniać tempa rwącego potoku ulicy. A jeśli już uda się zatrzymać wóz, trzeba mieć znów szczęście, by się do niego zmieścić, zwłaszcza z wielkim plecakiem. I tutaj spotykamy się z nową instytucją: autobusowymi machos.

Autobusowy macho to teoretycznie jedynie pomocnik kierowcy, zajmujący się tym, czym kierowca nie powinien się rozpraszać: pobieraniem opłat od pasażerów, pomocą starszym itp. Jednak w praktyce macho taki swoją postawą, wyrazem twarzy, wyglądem, ruchami, mową i wszystkim sprawia wrażenie, jakby wykonywał najważniejszą robotę na świecie, zachowując przy tym taki luzacki styl, jaki tylko można sobie wyobrazić. Jego pierwszym zadaniem jest „wsadzanie” i „wysadzanie” pasażerów, także tych, którzy świetnie umieją sami chodzić. Autobusy po prostu często nie zatrzymują się całkowicie, więc ludzie wskakują do wozu niemal w biegu, a wtedy taki macho przechwytuje petenta i wciska go po schodkach do środka. Gdy autobus odjeżdża, macho ustawia się w drzwiach autobusu (które nigdy nie są zamykane), chwyta się kozacko poręczy i zwisając połową siebie poza pojazd wykrzykuje nazwę przystanku docelowego. Przystanku tylko w teorii, bo, jak już wspomniałam, przystanki w Ameryce Południowej są zarezerwowane najwyraźniej tylko dla samolotów, choć może brzmieć to dość groźnie (nie chciałabym, żeby mi samolot w trakcie lotu faktycznie „przystanął”…). Sposób, w jaki macho wykrzykuje tę nazwę też jest bardzo niezwykły, i oczywiście kozacki. Nie jest to bowiem po prostu wypowiedziane słowo. Jest to bełkot tak wybitnie niewyraźny, że ja sama upewniam się zawsze pięć razy, czy aby na pewno dojadę tam, gdzie chcę. Inna sprawa, że czasami zapewniają, że tak, a prawdziwą odpowiedzią jest nie… w końcu biznes to biznes, a extranjero do robienia biznesu jest idealnym materiałem.

Widoki z okna zadziwiające: na ulicy non stop coś się dzieje, ale ludzie nie wyglądają na spieszących się – jedynie mototaksówki są wiecznie w biegu. Mieszkańcy miasta zajmują się swoją pracą, czyli przede wszystkim ulicznym handlem, a handlują absolutnie wszystkim, jak to jest charakterystyczne dla wielu południowoamerykańskich rejonów. Ale o tym później.

Udało mi się jednak dotrzeć tam, gdzie chciałam, czyli do portu Bellavista-Nanay na północnym krańcu Iquitos, z którego następnie miałam udać się łodzią do wioski Padre Cocha…

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *