Dziennik pokładowy

Dziennik pokładowy

Z Europy do Ameryki bez samolotu, czyli jachtostopowa przygoda

Przebywałam akurat w domu rodzinnym w Polsce i przeszukiwałam różne strony i ogłoszenia dotyczące jachtostopu – wymiany uprzejmościowej między dwiema stronami, z których jedna oferuje darmowe miejsce na pokładzie, a druga darmową pomoc w zadaniach związanych z żeglowaniem. Z kilkoma kapitanami rozmawiałam już przez telefon, niektórzy proponowali mi dołączenie do załogi, inni urywali kontakt (czyli jasno dawali do zrozumienia, że ich odpowiedzią jest „nie”). Jednak ja sama nie byłam jeszcze gotowa, by tak z dnia na dzień rzucić wszystko i wyruszyć jachtem w świat, nie wiadomo na jak długi czas. Cały czas miałam coś do zrobienia, jakieś zobowiązania, sprawy itp. Ciąg powinności nie miał końca, więc któregoś dnia w końcu uznałam, że muszę zmienić swój model działania, bo inaczej nigdy nie wyruszę. Niezależnie od tego czy znajdę jacht, czy nie, wyznaczyłam sobie datę wyjazdu – rzeczywistego czy wirtualnego, nieważne, grunt to zamknąć do tego dnia wszystkie niemogące poczekać sprawy. Cudownym zrządzeniem losu, jak tylko sobie to postanowienie wbiłam do głowy, zaraz pojawił się pierwszy jacht.

Z Gibraltaru na Wyspy Kanaryjskie

Katamaran, 45 stóp, kapitan Clément, Francuz, 38 lat. W załodze oprócz mnie jeszcze ojciec kapitana i drugi jachtostopowicz. Spotkaliśmy się wszyscy w Maladze jednego dnia, a właściwie to już nocą. Raptem około 14 godzin później mieliśmy wyruszyć we wspólny rejs ku południowemu zachodowi, trwający około 5 dni do tygodnia. Wielkie zakupy, sprzątanie jachtu, kilka godzin na zawarcie znajomości. Ekipa zgrana, wzbudzająca zaufanie. Choć w Maladze o tej porze roku było ciepło, na morzu, choć dalej na południe, wieczory zdecydowanie nie należały do najłagodniejszych, a nawet były diabelnie zimne!

U tego kapitana żeglowanie to było nieprzerwane imprezowanie. Cały czas polewano piwo i wino, posiłki przygotowywano obszerne, z deserem. W ciągu dnia każdy robił co chciał, wieczorami z kolei był czas na wspólne granie w najróżniejsze gry. Później obowiązkowe wachty nocne i odsypianie. Niekończąca się zabawa miała jeden zasadniczy mankament: sporo kosztowała, a udział w niej był jednym z obowiązków załogi. Nic to jednak dziwnego, bo kapitan był z zawodu wytwórcą wina.

Poza nocnym zimnem, pogoda nie była zła. Co innego wiatr – ten kaprysił. Przez pierwsze pół rejsu wiatru nie było prawie wcale – wtedy, ku mojemu utrapieniu, kapitan włączał silnik, a w w drugiej połowie rejsu wiatr dmuchał ostro, bujając nas na stromych falach. W trakcie żeglugi widzieliśmy nieskończone ilości delfinów. Najczęściej ich przybycie było obwieszczane przez drugiego jachtostopowicza, który chętnie „wychodził na dymka” na pokład. Delfiny przybywały w wielkich grupach i przez długi czas trzymały się blisko nas. Były i stare, i młode, i zwyczajne (spotykane niemal wszędzie) , i tropikalne, takie co całe czas tylko pływały, i takie co ciągle wyskakiwały, popisując się swoją zwinnością przed zachwyconymi widzami. Pokazy otrzymaliśmy zapierające dech, ale… ile można? Po kilku dniach żeglugi, na kolejne dymkowe obwieszczenie przybycia towarzyszy (może i tych samych każdego dnia?), już nie mieliśmy ochoty się zrywać i biec czym prędzej na przód pokładu, tylko leniwie wyciągaliśmy szyje, aby wyjrzeć przez okno.

Na Kanarach

Dotarliśmy po pięciu dniach żeglugi (albo jazdy na silniku), do stolicy wyspy Lanzarote, Arrecife. Moją kolejną misją było znalezienie jachtu, na którym mogłabym bez pośpiechu pożeglować przez Wyspy Kanaryjskie. W marinie konkurencja duża, ale niemal wszyscy jachtostopowicze, w przeciwieństwie do mnie, szukali kapitana, który by ich zabrał przez cały Atlantyk. Ja też miałam to w planach, ale nie od razu. W swoich poszukiwaniach rozmawiałam ze niemal wszystkimi kapitanami i załogantami w porcie. W ten sposób trafiłam na Belga Charlesa. Powiedział, że donikąd mnie nie zabierze, bo wynajmuje jacht jedynie do mieszkania. Zaoferował mi za to miejsce do pomieszkania, aż znajdę kolejną łódź. Spałam na kanapie w mesie przez kilka dni. Charles ma 85 lat i jest anonimowym alkoholikiem, o czym opowiada każdemu w trakcie pierwszych pięciu minut znajomości. Rozpiera go duma, że już od 28 lat jest trzeźwy. Uwielbia chodzić na spotkania AA, a w wolnym od nich czasie uczy się hiszpańskiego. Ma kilka wspomnień jeszcze z czasów II Wojny Światowej.

Moim kolejnym kapitanem został 70-letni Anglik, Peter. Poznałam go niejako dzięki temu, że mieszkałam u Charlesa. Na najbliższe tygodnie planował żeglugę po Wyspach Kanaryjskich, i spadłam mu jak z nieba, żeby stać się pierwszym oficerem na jego 38-stopowym katamaranie. Świetnie nam się razem pływało, a najlepszym utargiem, jaki ubiliśmy, było wymiana nauczyciel-uczeń. Otóż Peter był emerytowanym oficerem nawigacji na statkach cargo. Przez lata pływał przez wiele miesięcy w roku, i był odpowiedzialny za dopłynięcie do celu w epoce, w której nie istniał GPS. Ja z kolei miałam w plecaku mój sekstant, tyle tylko, że nie wiedziałam, jak go używać… I tak oto Peter pogrzebał w swojej pamięci i przekazał mi praktyczną wiedzę nawigowania bez elektroniki. Przepłynęliśmy razem z Lanzarote przez wybrzeża wysp Fuerteventura i Gran Canaria. Wraz z nim i – jak się trafiło – paroma innymi osobami, spędziliśmy razem Boże Narodzenie i Sylwestra. Na Wigilię przygotowałam polskie pierogi, a po Sylwestrze musiałam Petera zaprowadzić z powrotem na jego łódź, bo sam by nie trafił… i nie doszedł. Po drodze mój kapitan za nic w świecie nie mógł zrozumieć, co też się wydarzyło w noc sylwestrową. Tłumaczyłam mu: „Spotkaliśmy Polaków, dołączyliśmy się do ich imprezy, no i polali ci trochę za dużo whisky… Ale nie przejmuj się, to się zdarza najlepszym”. Następnego ranka Peter orzekł: „Spędziłem już kiedyś raz Sylwestra z Polakami. Było źle. Spędziłem i drugi. Było jeszcze gorzej. Przyrzekłem sobie, że nigdy więcej, no i masz!”. „To kara za twoje narzekanie, że jak na Polkę stanowczo za mało piję. Pokazali ci, co to znaczy pić po polsku!” – skwitowałam go.

Na Gran Canarii nasze drogi się rozeszły. Dołączył do mnie na jakiś czas Paul, i razem udało nam się załapać na nocną żeglugę z tejże wyspy na Teneryfę. Ciekawa to była „przejażdżka” – przygarnęła nas ósemka Rosjan, którzy tego samego dnia wyczarterowali pokaźny jacht. Jeden z nich studiował polski i całkiem nieźle sobie radził. Wprawdzie przez całonocną żeglugę cały czas płynęliśmy na silniku, ale doznanie pływania z Ruskimi było niezastąpione!

Na Tenerife weszliśmy z Paulem na najwyższy szczyt Hiszpanii – grubo ponad trzytysięczny wulkan El Teide. Wiedziałam, że nie odpłynę z Kanarów, póki moja stopa nie postanie na szczycie. I warto było! Na górze wiatr niemiłosierny, krajobraz marsjański, podmuchy zapachu siarki. Po La Soufrière na Gwadelupie i Etnie na Sycylii to już nasz trzeci wspólnie zdobyty, aktywny wulkan, na trzeci rok znajomości. Od teraz tradycji musi stać się zadość w każdy kolejny rok.

Na Wyspy Zielonego Przylądka

Gdy byłam na Teneryfie, znalazł mnie przez internet kolejny kapitan – Francuz Jacques, emerytowany muzyk z Paryża. Miał on już dwie potwierdzone załogantki, ale niedoświadczone, w związku z tym spytał, czy bym nie dołączyła na rejs z Kanarów na Wyspy Zielonego Przylądka. Ależ chętnie! Kapitan i trzy załogantki to była całkiem nowa konfiguracja dla każdego z nas. Jacques miał bardzo ostry temperament i trochę za bardzo dawał momentami do zrozumienia, że trzy załogantki mają być jego służącymi. Nie znosił słowa sprzeciwu – jak to każdy kapitan. Tyle tylko, że jeśli opinia którejś z nas była niezgodna z jego, reagował w sposób grubo przesadzony – potrafił nawrzeszczeć, nazwyzywać i następnie zapomnieć o sprawie, jak gdyby nigdy nic. Jedną z nas uwielbiał (nie mnie, oj nie!), bo była niezwykle posłuszna i przymilna. Druga go wkurzała, bo zbyt chętnie mówiła, co myśli (oj tak, to ja). Zyskałam nawet przydomek „panna wiem wszystko”. A z trzecią doszło do takiej wojny, że już na Wyspach Zielonego Przylądka postanowiła opuścić jacht, kradnąc przy tym paszport kapitana… Aktualnie szuka jej policja i konsul Francji, ale po dziewczynie nie ma śladu. A ja tymczasem, po cichutku, przedostałam się na kolejny jacht.

A teraz przez ocean długi i szeroki!

I oto jesteśmy w gotowości do przekroczenia Atlantyku. Cel – moja stara znajoma, Gwadelupa. Kapitanem jest Francuzoamerykanin, Pascal, emerytowany człowiek-od-wszystkiego. Pierwszym oficerem i królową na pokładzie jest oczywiście jego żona, Françoise, fotograf. A w załodze oprócz mnie jest jeszcze emerytowany spec od telekomunikacji, Guy – z tejże Gwadelupy, oraz Théo, syn znajomych kapitana, który własnoręcznie stworzył silnik, który działa na zużytym oleju kuchennym. Wmontował go w swojego vana, który na co dzień służy mu za dom.

Zakupy (kilkutonowe, jak Boga kocham!) już zrobione, jacht posprzątany (dajmy na to), załoga gotowa do dzieła (tylko ta jedna cały czas coś skrobie zamiast żagle stawiać!). I oto za moment wypływamy!

Ahoj!

 

PS W trakcie żeglugi, czyli przez najbliższe 2-3 tygodnie, będzie można nas śledzić:

www.polarsteps.com/FrancoiseVincens – na stronie z fotografiami Françoise

www.forecast.predictwind.com/tracking/display/Sail2see – na mapie pokazującej naszą aktualną pozycję

A na www.wyprawyawanturnicy.pl czekajcie na wieści już zza oceanu!

Kinga

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *