Rozkoszne rytmy zza okna na La Désirade

Siedzę po godzinach w biurze przy porcie na wysepce liczącej całe tysiąc pięćset mieszkańców oraz miliard kóz i iguan, i cieszę się dostępem do internetu, bo żeby go tu mieć, to trzeba przejść trzy kilometry od miejsca, które przez kolejnych kilka tygodni nazywać będę „domem”. Domem w przenośni, bo prawdziwy jest tylko jeden, a w podróży można pozwolić sobie na posiadanie wielu takich „domów”, do których też może się chcieć wracać, ale najchętniej trzyma się je po prostu w pamięci, pod nagłówkiem „miłe miejsce”.

Ale, ale! – Żeby mili państwo wiedzieli co tu się wyprawia za oknem! Takiego urozmaicenia swojej nieco monotonnej pracy (polegającej na przepisywaniu notatek zgromadzonych podczas terenowych obserwacji iguan) nie spodziewałam się w najśmielszych wyobrażeniach. Czytaj dalej →

Żałoba, radujmy się!

Karaiby, taka sytuacja.

Wracam wieczorem do domu ze spotkania. Na ulicy pełno ludzi, panie wystrojone, w kusych spódniczkach, panowie też wystrojeni, ale na szczęście nie w spódniczkach. Wszyscy głośni i radośni, wygląda na to, że jest jakaś impreza. Podchodzę do jednego jegomościa i pytam, co tu się dzieje, ot, tak z ciekawości. A on a to:
– A, żałoba jest.
– Żałoba?
– No tak, żałoba.
Spojrzałam raz jeszcze po tych roześmianych, eleganckich ludziach.

Czytaj dalej →

Wigilia po karaibsku

24 grudnia 2016. W tym roku po raz pierwszy w życiu miałam spędzić wigilię z dala od rodziny. Niby zawsze to coś nowego, ale jednak dziwnie. Większość moich znajomych wróciła na święta do Francji, a tym co zostali, nie przeszkadzało spędzić świąt przy komputerze. Ja do ostatniej chwili nie miałam żadnych planów, stwierdziłam, że „jakąś okazję się załapie”.

Cóż, już się zbliżał wieczór, a ja wciąż żadnej okazji nie złapałam. Skoro tak, pomyślałam sobie, to chociaż się przejdę na plażę. Zwykle tak to u mnie bywa, że gdy przestanę się o coś starać, tylko zaufam, że to co dla mnie najlepsze, samo się zjawi – dokładnie tak się właśnie dzieje. W sumie chyba każdy tak ma, o ile spróbuje. Doszłam do skraju plaży, i już chciałam zawrócić, ale coś mi powiedziało, żeby pójść jeszcze dosłownie parę kroków dalej. Było już całkiem ciemno, a ta część plaży nie była w ogóle oświetlona. I oto znalazłam się w burym zakamarku, w rogu stało kilku facetów, którzy zaraz zainteresowali się obecnością intruza – czyli mnie. Czytaj dalej →

Błotnista wyprawa do wraku DC-3

Samolot DC-3, prowadzony przez dwóch amerykańskich pilotów i wiozący mnóstwo kurczaków, w 1971 roku leciał z Trynidadu i Tobago na Dominikę. Z pewnych względów piloci zamiast lądować na docelowej Dominice, musieli skierować się na sąsiednią Gwadelupę. Ani jednego, ani drugiego celu nie dane im było osiągnąć, roztrzaskali się głęboko w górskiej dżungli, do której teraz prowadzi wielogodzinna trasa przez górskie granie i przełęcze, gęsty busz i błoto, błoto, błoto… Wrak powoli jest przejmowany przez dżunglę, ale jak na swój wiek (45 lat), ma się zupełnie nieźle. Trzeba dodać, że jeszcze nigdy w tropikach nie było mi tak zimno jak tego dnia. Pogoda jaka była, widać na zdjęciach. Ale wyprawa się udała, że aż słów brak, tylko zdjęcia to pokażą! Czytaj dalej →