Dziennik pokładowy

Dziennik pokładowy

Z Europy do Ameryki bez samolotu, czyli jachtostopowa przygoda

Przebywałam akurat w domu rodzinnym w Polsce i przeszukiwałam różne strony i ogłoszenia dotyczące jachtostopu – wymiany uprzejmościowej między dwiema stronami, z których jedna oferuje darmowe miejsce na pokładzie, a druga darmową pomoc w zadaniach związanych z żeglowaniem. Z kilkoma kapitanami rozmawiałam już przez telefon, niektórzy proponowali mi dołączenie do załogi, inni urywali kontakt (czyli jasno dawali do zrozumienia, że ich odpowiedzią jest „nie”). Jednak ja sama nie byłam jeszcze gotowa, by tak z dnia na dzień rzucić wszystko i wyruszyć jachtem w świat, nie wiadomo na jak długi czas. Cały czas miałam coś do zrobienia, jakieś zobowiązania, sprawy itp. Ciąg powinności nie miał końca, więc któregoś dnia w końcu uznałam, że muszę zmienić swój model działania, bo inaczej nigdy nie wyruszę. Niezależnie od tego czy znajdę jacht, czy nie, wyznaczyłam sobie datę wyjazdu – rzeczywistego czy wirtualnego, nieważne, grunt to zamknąć do tego dnia wszystkie niemogące poczekać sprawy. Cudownym zrządzeniem losu, jak tylko sobie to postanowienie wbiłam do głowy, zaraz pojawił się pierwszy jacht.

Czytaj dalej →

Sycylia, Syrakuzy i Etna, czyli trochę starożytności i trochę wybuchowości

Pomysł zdobycia Etny pojawił się już przy wstępnym planowaniu żeglarskiej przeprawy przez Morze Śródziemne. Zarys trasy z czasem ewoluował, część miejsc musieliśmy sobie odpuścić, a do innych zawitaliśmy, bo tak nas wiatr prowadził. Etna jednak twardo trzymała się naszych planów. Jest to najwyższy wulkan Europy i przy tym jeden z najbardziej aktywnych na świecie. Położona tuż przy morzu, zapraszała z wielkiej odległości pod swe progi.

Między Maltą a Sycylią, niegdyś połączonymi lądem, półwiatr z zachodu dmuchał z gestem, i w jeden dzień żeglugi przywiał nas na południowo-wschodni cypel tej największej wyspy Morza Śródziemnego. Podobnie jak już dwa razy wcześniej, gdy byliśmy bardzo niedaleko lądu i widzieliśmy migocące światła miast nocą, wiatr kompletnie zamarł. W przeciągu jednej minuty od kilku stopni Beauforta do morza z oleju. Przyczyna tego zjawiska jest banalna i zazwyczaj jednakowa w podobnych sytuacjach – ląd zakrywa wiatr, rozprasza go i już nic nie zostaje do wypełnienia żagli. Zatem ostatnich kilka mil pokonaliśmy na silniku, dobijając po ciemku do kotwicowiska. Nazajutrz wietrzyk był tak delikatny, że płynęliśmy na otwartym spinakerze, pod wieczór dobijając nareszcie do miasta Syrakuzy.

Czytaj dalej →

Dwie głowy, dwa żagle i jeden wielki błękit

Dwie głowy, dwa żagle i jeden wielki błękit

Życie marynarza pełne jest wyzwań, przygód i… roboty niestety. Oto jesteśmy na świeżo po przebyciu pierwszej kilkudniowej przeprawy bez widoków lądu i tylko na dwie głowy. Z północnych wybrzeży Hiszpanii przedostaliśmy się na największą wyspę z archipelagu Balearów – Majorkę.

Jak nas widzą morskie stwory?

Cicho, ciepło i błękitnie.

Błękity w górze i w dole zlewają się ze sobą, aż obserwator czuje się, jakby go przeniesiono do innego wymiaru. Brak tu punktów orientacji, nie ma na czym zaczepić wzroku, podłoga łagodnie buja się w przód i w tył i na boki, i nie słychać ani najmniejszego szmeru. No, czasami. Jak los sprzyja.

Ile przy tej przyjemności jest roboty!

Jak dotąd na jeden dzień żeglugi przypada nam jeden dzień zadań do wypełnienia. To trzeba coś zszyć, to coś przewiercić, to znowu poprzestawiać, albo ulepszyć. Przy sporej dozie szczęścia w przybrzeżnych mieścinach udaje nam się znaleźć połowę potrzebnych rzeczy, w akceptowalnej cenie. Z resztą trzeba improwizować. Dziś żeglarstwo niestety w zbyt dużym stopniu uchodzi za sport dla bogatych emerytów, z którego to powodu za byle jaki drobiazg trzeba płacić majątek. Albo wykombinować jak do zastąpić czymś innym.

Po długim naprawianiu, wymienianiu i podrasowywaniu wyposażenia, przychodzi czas na relaks. Dziś kino na fali funduje nam wyśmienity zachód słońca przy popcornowej strawie.

Końca nie widać

Po raptem dwóch tygodniach żeglowania, lista zakupów i zadań do wypełnienia nie przestaje rosnąć. Gdy człowiek wejdzie w posiadanie czterdziestoletniego jachtu, oczywiście zdaje sobie sprawę, że wiele rzeczy będzie trzeba w nim wymienić. Z czasem przychodzą do głowy kolejne elementy, których nie ma w ogóle i które trzeba by wykombinować. A gdy już się wypłynie w rejs, wtedy wychodzi na jaw ile z tego, co się ma, sprawdza się na falach, a ile trzeba naprawić, wymienić, dokupić lub uświetnić.

Kilka przykładów z listy rzeczy do zrobienia po dwóch tygodniach?

– dokupić przednie światło nawigacyjne od lewej burty (przy ciągłym wchodzeniu i schodzeniu z pokładu ktoś z nas w końcu skopnął je do wody)
– dorobić uszczelkę do pompy (póki co robi za nią zwinięty worek na śmieci)
– kupić korbę do rozruchu silnika (na zaś, jakby bateria miała wyzionąć ducha
– zatkać dziury w nadmuchiwanym kajaku, który służy jako ponton (do brzegu dobijamy jeszcze jako tako, ale na pokład wracamy już w sflaczałej oponie)
– zmienić sznurki od obijaczy (bo przetarły się w 9/10 grubości)
– przymocować linkę do chorągiewki celnej (znak dla celników w porcie, żeśmy nietutejsi)
– przywiercić drzwiczki do szafki na buty (bo na morzu latają po całej kabinie)
– skombinować skądś sekstant i ogarnąć, o co w nim chodzi (to taki czarodziejski sprzęt sprzed wieków do określania położenia bez apek czy  GPSów)
– wejść na szczyt masztu i skontrolować stan mocowań (i pohuśtać się na linach :D)

Jak na dziś, roboty mamy od świtu do zmierzchu. Dzień mija między nimi zupełnie

Trzy żywioły: wiatr, słońce i woda. Tylko lądu ani śladu.

niezauważenie, aż do szóstej wieczorem zapominamy nawet o jedzeniu. Paul w kokpicie koncertuje na wiertarce, a ja w kabinie dopieszczam drobiazgi, co by nasz żeglarski żywot był nie tylko łatwiejszy, ale i przyjemniejszy.

Humorzasta matka natura

W zeszłym tygodniu, gdy staliśmy na cumach w porcie miasta Roses w Katalonii (Bój się Boga powiedzieć w Hiszpanii!), wiał wiatr tak silny, że flagi portowe stały dęba, a przechadzając się po pomoście trzeba było walczyć z wiatrem, skłaniając się przed nim niczym Michael Jackson w Smooth Criminal. Morze wtedy całkiem opustoszało, i my również musieliśmy się wstrzymać z żeglugą na kilka dni, bo przy takich podmuchach już samo nawet podpłynięcie do bram gęsto zapełnionego portu było ryzykowne.

Każdy kapitan ma swój styl.

Po trzech dniach wietrznego huraganu, pogoda uspokoiła się, i wtedy prognozy zaczęły ostrzegać, że wkrótce wiatr całkowicie zamrze przy wybrzeżu. Więc decydujemy – wyruszamy lada moment, trzeba wypłynąć dalej w morze, aby złapać bryzę w żagle, zanim bezwietrzna pułapka zatrzyma nas przy lądzie. Kierunek? Majorka!

W dniu wypłynięcia o świcie powitały nas  bardzo silne podmuchy. Jacht na kotwicy bujał się jak na otwartym morzu. W południe wiaterek ustabilizował się na idealnym poziomie, wiał równomiernie od boku i popychał nas w kierunku południowym tak gładko i jednostajnie, że mogliśmy puścić ster, zająć się lekturą albo graniem na gitarze, i tylko co kilka godzin delikatnie korygować kurs. W nocy zmienialiśmy wachty co dwie godziny, obserwując cały czas horyzont i czuwając, czy nasz kurs nie koliduje z jakąś inną jednostką, lub czy nie nadchodzą chmury zwiastujące rychłe nadejście szkwałów.

Jak w innym wymiarze

Wielki błękit, nagi horyzont i 2000 metrów otchłani.

Po zachodzie księżyca nadszedł wschód słońca, a wraz z nim niesamowite zjawisko – wiatr ustał, jakby kto wentylator wyłączył. Pstryk i nie ma. Środek morza, wielki błękit dookoła, ani jednej chmury, ani jednej fali, ba, nawet najmniejszej zmarszczki na wodzie, i my, w samym środku opustoszałego horyzontu, bez śladu lądu w zasięgu wzroku.

Opuściliśmy żagle, nastawiliśmy wodę na kawę i kolejne dwa dni spędziliśmy na środku Morza Śródziemnego, na głębokości ponad dwóch tysięcy metrów, jakbyśmy stali na kotwicy przy brzegu najspokojniejszego jeziora świata.

Tafla wody była tak gładka, że z powodzeniem służyła nam za zwierciadło. Choć panicznie boję się głębokości, nie daję się oprzeć pokusie i wyskakuję za burtę. Kilkanaście metrów pod sobą dostrzegam dwie srebrzyste meduzy, czarujące zgrabnym tańcem w ich powabnych sukniach. Wytężam wzrok, próbując dojrzeć coś jeszcze głębiej, ale ogrom głębokości pozwala mi tylko na oglądanie gry promieni słonecznych, które penetrują otchłań aż do niegościnnych im rejonów.

Coś, co warte jest wszystkich niewygód

Coś majaczy w oddali.

Po raz pierwszy ukazały się już na początku przeprawy z Roses na Majorkę. Było ich kilka, w znacznej odległości, i pokazywały same płetwy grzbietowe. W nocy, gdy pełniłam swoją wachtę, usłyszałam głośne, choć spokojne sapnięcia w bezpośrednim sąsiedztwie jachtu, nie mogłam jednak nic dostrzec. Zmiana wachty, poszłam spać, i kolejną pobudkę po dwóch godzinach serwuje mi Paul krzycząc „pełno ich dookoła!”.

Tajemniczy towarzysze

Delfiny pozostały z nami przez całą moją wachtę. Ścigały się to ze sobą, to z nami, wyskakiwały wysoko nad powierzchnię wody, pluskały, prychały, tuż, tuż obok nas. W świetle księżyca dało się je dostrzec nawet gołym okiem, a przy świetle latarki nasunęło się możliwa interpretacja tak licznej i rozweselonej ich obecności. Wokół jachtu, tuż pod powierzchnią wody, pływało pełno meduz. Były niewielkie, ale na tyle liczne, że najwyraźniej stanowiły dość nęcący kąsek dla naszych towarzyszy.

Dobijamy do Majorki.

Następnego dnia po południu wiatr znów ustaje na kilka godzin. Wtedy to szczęśliwy los powtarza się. Tym razem trasa wędrówki delfinów jest prostopadła do naszego bezwietrznego dryfu, ale przepływają one blisko, licznie i w wysokich podskokach. Przy pełnym słońcu widok ten zapiera dech. Zachwycamy się jak oczarowani, lecz niestety zanim zdążymy chwycić po aparat, delfiny są już daleko. Następnym razem się uda.

Bretania – galeria

Bretania – galeria

Bretania to niezwykły region Francji. Nieodłącznie związana z morzem, odrębna od całej reszty kraju, o bogatej kulturze i historii. Wciąż obowiązują w niej niektóre prawa pochodzące jeszcze z przełomu XV i XVI wieku! Ostatnia niezależna księżna Bretanii, Anna Bretońska, zgodziła się na przyłączenie do Francji pod warunkiem, że na jej terenie nigdy nie zostaną nałożone żadne opłaty za użytkowanie dróg lub mostów. I tak do dzisiaj z całej Francji jedynie w Bretanii można się cieszyć użytkowaniem wszystkich autostrad bez wydawania ani centa. Czytaj dalej →

Cuda się zdarzają!

Od samego rana wypełniały mnie mieszane uczucia – z jednej strony już niemal namacalnie czułam przesyłkę w swoim ręku, a z drugiej obawiałam się, co będzie, jak znowu nie przyjdzie. Już i tak bardzo skorzystałam na gościnności Colina, jednak ile czasu można siedzieć zapracowanemu człowiekowi na głowie? Nie mogłam przenieść się do kogoś innego, bo przecież musiałam odebrać przesyłkę. Wyznając teorię, że aby nadeszło coś wyczekiwanego, trzeba się na to psychicznie i fizycznie otworzyć, spakowałam pieczołowicie wszystkie swoje rzeczy tak, jakbym lada moment zbierała się do drogi. Zawiązałam buty, kupiłam bilet na ostatni przejazd metrem na lotnisko. Brakowało tylko jednej, jedynej rzeczy w bagażu! I jeszcze pozostawała jedna kwestia… kwestia szczęścia jak już na to lotnisko dojadę. Czytaj dalej →

Dzień muzealny

Wiedziałam, że przesłanie wizy zajmie jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam skorzystać z uroków przebywania w Londynie i udałam się na zwiedzanie.

Najpierw zmierzyłam ponownie w stronę domu Sherlocka, ale tłum oczekujących skutecznie mnie odstraszył przed chęcią zwiedzania wnętrza. Okazało się za to, że tylko pół mieszkania przekształcono w muzeum, drugie pół zaś stanowiło sklep z pamiątkami, a taki wiadomo – jest zawsze szeroko otwarty dla każdego. Dlatego dokładnie zwiedziłam jego zawartość – oprócz setek fajek, sherlockowych czapek, figurek, lup, notesików, długopisów i breloczków zdecydowanie warto było zwrócić uwagę na samo umeblowanie – a ono było naprawdę stylowe, komody z epoki, elegancki dywan i wieńczący całość przeszklony sufit z naturalnie wpadającym światłem. Można się przenieść do epoki Sherlocka, o tak! Czytaj dalej →

Błogie, ułudne nadzieje

Zostałam obudzona o 6 rano przez pracowniczkę lotniska słowami „proszę wstawać, bo lotnisko jest już otwarte”. Rozejrzałam się wokół – w ciągu nocy wszystkie ławki zostały zajęte przez inne osoby. Ciekawa byłam jakie są ich historie. Nie było jednak czasu na rozmyślanie. Do dzieła!

Zaraz się jednak przekonałam, że czas był – sprawdziłam w internecie, że ambasada jest otwierana dopiero o 8:30. Znowu siedziałam jak na szpilkach, starając się uspokoić nucąc sobie w głowie piosenkę „You Can’t Always Get What You Want” Rolling Stonesów – przy czym miałam szczerą nadzieję, że w moim przypadku raczej sprawdzi się dalszy werset tekstu „but if you trust sometimes then you’ll find you get what you need”. Ach, jakże miałam wielką nadzieję! Czytaj dalej →

Gorzkie słodkiego początki

Ten dzień miał być banalnie prosty – chciałam się porządnie wyspać, poranek, a właściwie południe spędzić z moimi gospodarzami, Johanną i Markiem, a później pojechać prosto na lotnisko Heathrow w zachodnim Londynie, skąd najpierw udam się do Nowego Jorku, i tam będę miała przesiadkę do Limy. Początkowo wszystko grało świetnie. Piętrowym autobusem do metra, metrem do końca. Na lotnisku przepakowałam bagaż na podręczny i nadawany i śmiałym krokiem podeszłam do bramek bagażowych linii American Airlines. Podaję paszport, pokazuję bagaż. I wtedy mój świat runął! Czytaj dalej →