Wioska Padre Cocha i motylarnia z małpami

Z portu nad rzeką Nanay zamierzam wybrać się parę kilometrów w górę, do wioski Padre Cocha. Tutejsze łodzie to swoiste wodne tramwaje, długie i wąskie barki kryte równo i zręcznie plecionymi liśćmi palmowymi, co tworzy przyjemny dla oka wzór nad głową pasażera. Wzdłuż burt ustawione są wąskie ławy, a na środku spoczywają bagaże. Łodzie te napędzane są silnikami – inaczej zamiast 20 minut rejs trwałby półtorej godziny lub więcej. Płyniemy dość szybko. Zanurzam po raz pierwszy rękę w dopływie Amazonki o nazwie Nanay (sama „właściwa” Amazonka płynie zaledwie kawałek dalej, po drugiej stronie miasta). Woda jest niespodziewanie ciepła, aż ma się ochotę wskoczyć. Wolę jednak nie sprawdzać na sobie, co za istoty żyją w tej mętnej rzece. Podczas 20-minutowego rejsu obserwuję coraz przyjemniejsze widoki: gwar miasta ucichł i przeszkadzał już tylko burkot sinika. Brzegi rzeki są dobrze widoczne, całe porośnięte lasem, gdzieniegdzie tylko drzewa są przerzedzone i pojawi się jakieś niewielkie domostwo. Cisza i spokój. Na rzece ruch praktycznie żaden. Dopływamy do portu, na który składa się maleńka „hala”, również kryta liśćmi palmowymi. Stamtąd droga powinna być już prosta: kontynuuję główną „ulicą” (to duże słowo) w górę wioski, co jakiś czas pytając miejscowych, którędy do Pilpintuwasi.

Wioska okazuje się większa niż myślałam: z wielkim plecakiem spacer na jej drugi koniec zajmuje mi około 20 minut. Dochodzę do krańca wsi, skąd wiedzie już tylko mała dróżka do wielkiego znaku głoszącego nazwę mojej organizacji. Przechodzę przez bramę i dalej kroczę wąską ścieżką przez gęste zarośla i kolorowe kwiaty. W końcu docieram do chatek krytych liśćmi palmowymi, jak niemal wszystkie tu budynki. Kręci się tam sporo ludzi. Część z nich to z pewnością goście, część to wolontariusze, jeszcze inni to stali pracownicy, ale jeszcze nie mogę ich rozróżnić. Chłonę kolory, zapachy i… odgłosy. Dzika zwierzyna głośno daje o sobie znać. Tu i ówdzie skaczą rude małpy o czerwonych twarzach. To Red Uakari, krytycznie zagrożony gatunek, co wiem z pliku informacyjnego, który otrzymałam już kilka miesięcy wcześniej.

Szybko poznaję wolontariuszy, którzy zainteresowali się nową przybyszką, zwłaszcza że cały czas miałam na plecach mój wielki plecak z całym podróżnym ekwipunkiem. Jeden z nich prowadzi mnie kolejną ścieżką przez zarośla. Dochodzimy do dużego kwadratowego drewnianego domu na palach, zapewne zabezpieczających przed powodziami pory deszczowej. Dom ten wygląda typowo jak z filmów, z okalającym go ze wszystkich czterech stron szerokim tarasem. Wolontariusz prowadzi mnie po nim do wejścia. Kroczymy ciemnym korytarzem, zewsząd dobiega pełno odgłosów, tu jakaś rozmowa, tu wyje małpa, tam znowu dobiega głos innego pracownika oprowadzającego turystów hiszpańskojęzycznych. Zostaję przedstawiona Gudrun Sperrer, założycielce i właścicielce Pilpintuwasi.

– Och witaj, już myślałam, że się zgubiłaś, czy co! – radośnie wykrzykuje. Cóż, tutejsza temperatura skutecznie spowolniła moje tempo, a wliczając do tego jeszcze niespodziewany „przystanek samolotowy”, cała podróż znacznie się opóźniła, więc zamiast późnym przedpołudniem, dotarłam na miejsce późniejszym popołudniem.

Gudrun to kobieta między pięćdziesiątym a szcześćdziesiątym rokiem życia, wysoka i szczupła, z wydatnymgarbem, który nadaje jej postawie charakterystyczny kształt. Jest Austriaczką, tyle o niej wiem, i prowadzi to miejsce od około dwudziestu lat. Zaczęła od budowy mariposarium, czyli „motylarni”, stąd wzięła się nazwa ośrodka: „Pilpintuwasi” (wym. pilpintułas-i) to słowo wzięte z ojczystego języka Peruwiańczyków, jakim jest quechua. Pilpintu to motyl, zaś wasi to dom. Z czasem miejsce to urosło do wielkiego centrum rehabilitacyjnego dla najróżniejszych gatunków zwierzyny amazońskiej, jakim jest dzisiaj. Skąd każde zwierzę się tu wzięło, o tym napiszę wkrótce.

Pierwszego dnia jedynie na szybko rzuciłam okiem na wszystkie zwierzęta, oprowadzona przez peruwiańską wolontariuszkę, studiującą weterynarię, o imieniu Almendra. Upał mnie po prostu wykańczał, więc jedyne, na co miałam ochotę, to ochłonąć.

Poinformowano mnie, że mój przyszły gospodarz Humberto, o którym wiedziałam jedynie, że sam zwykł pracować dla Pilpintuwasi, stoi obok mnie. Roześmiałam się. Humberto nie mówi po angielsku, więc dukając po hiszpańsku zamieniłam z nim kilka słów, po czym odebrał on ode mnie mój bagaż i powolnym krokiem oddaliliśmy się do jego domu. Okazał się nadzwyczaj sympatyczny i sprawiał wrażenie bardzo spokojnego i łagodnego. Po drodze dowiedziałam się, że mój gospodarz mieszka zaledwie pięć minut drogi stąd, przy krańcu wioski, wraz ze swoją rodziną, która ostatnim czasem znacznie się powiększyła, ponieważ zamieszkali z nimi także dalsi krewniacy.

Humberto sprawia wrażenie czterdziestoparolatka, ale jego żona, Irene, wygląda na kobietę grubo po pięćdziesiątce, więc ciężko mi ocenić rzeczywisty stan rzeczy. Po domu biega sporo dzieci w różnym wieku. Dom Humberto to jeden z nielicznych, a jedyny w tej części Padre Cocha budynek posiadający piętro, na którym miałam zamieszkać. Aby dostać się do mojego pokoju, trzeba się wdrapać po bardzo wąskich drabinoschodach nieobudowanych żadną ścianą. Wychodzą one na swoisty tarasobalkon, który służy za korytarz. Na pięterku znajdują się dwa maleńkie pokoje gościnę. Jeden z nich jest mój, drugi pusty. Całość oczywiście kryta plecionymi liśćmi palmowymi. Część kryjąca mój pokój jest dodatkowo zabezpieczona od spodu folią – w porze deszczowej z pewnością bardzo przydatną. W środku mieści się duże łóżko i mały stolik z szafkami i… to by było na tyle. Ściany mają seledynowy kolor, a jedna z nich pomalowana jest w motyle. W końcu Humberto to pracownik domu motyli. Jestem zaskoczona – w pokoju jest elektryczność! Widzę przedłużacz na cztery wtyczki – jeszcze nigdzie w trakcie swojej podróży nie widziałam przedłużacza z tyloma otworami. Widać znają tu potrzeby gringos! Po chwili przychodzi Irene z jakąś płachtą materiału. Dziarsko mi tłumaczy, że dobrze używać moskitiery, co by nie skończyć na drapaniu się przez całą noc i dzień. Zawiesza ją nad łóżkiem na przymocowanych do ściany sznurkach. Zapomniałabym, okno w moim pokoju oczywiście nie ma szyby, jedynie drobną siatkę zabezpieczającą przed owadami. Ale w Padre Cocha absolutnie nikt nie wstawia okien. Same drzwi to już przesada! Ale mój pokój jednak je posiada, z tymże zamykane są one na kłódkę – kłódkę takiej wielkości, że z powodzeniem mogłabym jej używać w domku dla lalek. Upewniam się, że to bezpieczne, ale słowo Irene mi wystarcza. W końcu cały dzień ktoś się kręci po domu, a poza tym w Padre Cocha wszyscy się znają. Z grubsza się rozpakowuję i już czuję, że będzie mi tu bardzo wesoło.

Idę zwiedzić łazienkę. Pomieszczenie to oddzielone jest od całej reszty domu jedynie ścianką działową. Znajduje się w nim toaleta, na szczęście taką jaką znam z domu (alternatywna opcja to dziura w podłodze), cienka rura zwieńczona głową prysznica, z którego woda opada na podłogę i toaletę, ponieważ nie ma kabiny. Kto by używał kabiny prysznicowej w dżungli! Oprócz tego w łazience stoją dwie ogromne, plastikowe beczki i… to by było na tyle. Pytam, czy jest tu doprowadzona woda, bo jak już wiem z doświadczenia, to wcale nie jest oczywiste, nawet jeśli ma się pełne łazienkowe wyposażenie. Jest! Ale tylko w prysznicu, i tylko zimna. Kto by ogrzewał wodę do kąpieli w tropikach! Wodę do spłukiwania toalety trzeba nabierać z jednej z okazałych beczek miską, aż zawartość muszli zostanie „przełknięta”, jakby to obrazowo ująć. Za umywalkę służy druga beczka. Po umyciu rąk lub twarzy, zawartość miski także spłukuje się w toalecie. Jest jeszcze jedna, mniejsza beczka z kranikiem – ona służy do mycia zębów, ponieważ zwykła woda jest tylko z grubsza oczyszczana i pełno w niej pasożytów. Miejscowi nie zawracają sobie tym głowy, ale kolejny raz dają mi do zrozumienia, że doskonale znają potrzeby i żołądki gringos, i wiedzą, że taki niezaaklimatyzowany gringo, a zwłaszcza taki, co jeszcze nigdy na tym kontynencie do kibelka nie pędził w popłochu, szybko zacznie, jeśli będzie mył zęby w tej samej, co miejscowi, wodzie. Mnie tam jednak już nic nie jest straszne! W pierwszym tygodniu podróży zachorowałam na wszystko, na co się dało, od razu, hurtem, i teraz mój organizm przypomina istnego Iron Mana – za nic mam sobie bakterie i pasożyty. Jednak ząbki posłusznie myję w wodzie z najmniejszej beczki, ot tak, na wszelki wypadek, gdyby mój wewnętrzny Iron Man się chciał zbuntować z nadmiaru pracy.

Po łazience przyszedł czas na zwiedzanie kuchni. Irene oprowadziła mnie po wielkim pomieszczeniu zasłoniętym wprawdzie z czterech stron ścianami, ale tylko do trzech czwartych wysokości, wyżej za ścianę robiły niewielkie pale ustawione co około 20-30 cm. W kuchni jak w łazience, mnóstwo beczek, mis i wiader z wodą, brak z kolei kranu. Tutaj woda do picia, tam do gotowania, a jeszcze dalej do zmywania. Po chwili zdaję sobie sprawę, że do tego pomieszczenia dobiega jakiś dziwny dźwięk – zdecydowanie ptasi dźwięk w dodatku. Szukam jego źródła za oknem (czyli za palami nad ścianą), ale zanim zdążę się przyjrzeć, mój wzrok przyciąga coś na podłodze. Ooch, kuchnia służy za kurnik! Pod moimi nogami biega kilka małych, żółtych i nieustannie popiskujących kurczaków. Irene napomina w paru słowach, że są tutaj, bo niedługo wybory. Co wybory mają za związek z kurczakami, u licha ciężkiego? – zastanawiam się w myślach. Cóż, później przyjdzie czas na pytania, czas przejść się po wiosce.

Padre Cocha, choć ciche i spokojne, tętni życiem na swój sposób. Wieczorami można z łatwością podglądać życie rodzin przez okna bez szyb. W każdym domostwie żyje razem wiele osób, z każdego dobiegają jakieś dźwięki – to głośna muzyka latynoska, to jakaś telenowela, południowoamerykańska specjalność, to radosne krzyki dzieci podczas zabawy, choć jakiś płacz niezadowolenia też się daje słyszeć. Maszeruję tak przez miasteczko zaraz po zachodzie słońca, gdy podjeżdża do mnie jakiś skuter. Słyszę pytanie: „chcesz, żeby cię podwieźć?”. Przyzwyczajona nawet się nie odwracam, tylko automatycznie recytuję „nie, dziękuję, nie potrzebuję taxi”. Głos za moimi plecami odpowiada: „to ja, Humberto!”. Och, to zmienia stan rzeczy. Zapadł już zmrok, więc nawet nie rozpoznałam jego twarzy. Wsiadam z tyłu pojazdu i jedziemy przez wąską, centralną uliczkę Padre Cocha do portu. Na miejscu szybko zdaję sobie sprawę, że o tej porze już nic mnie nie zabierze do Iquitos, a jeśli nawet, to na pewno nie będę miała jak wrócić. Ruch rzeczny zamiera tu o 19. Postanawiam jednak, skoro już tu jestem, rozejrzeć się po okolicy. Długo nie muszę czekać na zawarcie znajomości, od razu zagadują mnie miejscowe chłopaczki portowe.

– Hej, to ty jesteś tą nową wolontariuszką z Pilpintuwasi!

– Tak, zgadza się, jak się macie? – jestem zaskoczona, choć nie pytam nawet skąd o tym wiedzą – wieść o przybyciu gringity już dawno musiała się rozejść po całym miasteczku.

Zadają standardowe pytania: a po co, a dlaczego tu, a na jak długo, a skąd, a czemu sama. Dziarsko na wszystkie odpowiadam, bo w końcu dobrze jest narobić sobie przyjaciół już pierwszego dnia – a nawet, gdybym nie odpowiedziała, i tak wszystkiego by się dowiedzieli jeszcze przed wschodem słońca. Ledwie kończymy rozmowę, podchodzi do mnie kolejna dwójka:

– Hej, ty musisz być Kinga, pracujesz dla Pilpintuwasi, nie?

– Tak, zgadza się, ale…

– My też tam pracujemy, tylko jeszcze nie mieliśmy okazji się przedstawić. Ja jestem Gilberto, a to jest Jeyner.

Kolejny raz musiałam odpowiedzieć na te same pytania. Gilberto zainteresował się, co zamierzam robić po upływie miesiąca, który zamierzam spędzić w Padre Cocha.

– Mam nadzieję, że uda mi się wyprawić w dżunglę na kilka pozostałych tygodni. Nie chcę tylko robić tego z agencją turystyczną, bo po pierwsze, agencje kosztują majątek, a po drugie, nie ma to nic z prawdziwego odkrywania dziewiczych lasów. Agencje oferują turyzm, a ja tego nie znoszę. Poszukuję przewodnika, mam nadzieję, że uda mi się go znaleźć w ciągu tego miesiąca.

Gilberto od razu podchwytuje temat:

– Dokładnie rozumiem, o czym mówisz! Potrzebujesz kogoś takiego jak ja – za 50 soli dziennie pomogę ci się wyprawić do dżungli. – spoglądam na jego wątłą posturę –

– Jesteś pewien, że widziałbyś jak upolować kapibarę, jak uniknąć jaguara i skąd czerpać niezatrutą wodę?

– Jasne, ze wszystkim sobie poradzę! – z przekonaniem odpowiada, jednak ja śmiem mieć spore wątpliwości.

– Jesteś chociaż tutejszy?

– Noo, niezupełnie… Ale w wyprawach do dżungli nie mam sobie równych! – odczułam, że stara się nieco przede mną popisać, jednak nie daję się zwieść. Uprzejmie odpowiadam:

– Świetnie, że cię poznałam, odezwę się w tej sprawie za jakiś czas, tymczasem do zobaczenia jutro w pracy!

Już chciałam wracać spacerem do domu, kiedy zadzwonił mój telefon – co zadziwiające, w dżungli po raz pierwszy od dawna miałam zasięg. To Marcus – wolontariusz ze Stanów Zjednoczonych – mieliśmy się spotkać w gronie wolontariuszy w celu lepszego poznania. Marcus mieszkał w miejscowym hostelu wraz ze studentami weterynarii z Limy, Almendrą, Lucią i Paulem. Nieczęsto zdarza się, aby wolontariuszami w Pilpintuwasi byli miejscowi – ci z reguły są stałymi pracownikami. Spędziliśmy wieczór przy stole bilardowym, opowiadając sobie o tym, co nas tu sprowadziło i jak żyje się w naszych krajach na co dzień. Później reszta udała się do miejscowej dyskoteki – tak, w Padre Cocha nie ma bankomatu ani internetu, ale dyskoteka to potrzeba pierwszorzędna. Ja z kolei idę prosto do mojego łóżka, opatulam się moskitierą jak kokonem i zapadam w dłuuugi sen – w końcu poprzednia noc, pełna emocji oczekiwania na Amazonię – praktycznie dla mnie nie istniała. Gaszę światło, zamykam oczy i zasypiam.

KUKURRRRYYKKU!!!!

Budzę się jak rażona prądem. Patrzę na zegarek. 1 w nocy. Na litość boską, czy te koguty postradały zmysły?! Czy może im się pomyliły strefy czasowe? Humberto uprzedził mnie, że wolontariusze często narzekają na hałas – ale motorikszy przejeżdżających w ciągu dnia pod oknem, a nie kogutów w środku nocy! W nadziei, że to tylko chwilowy wybryk, idę spać dalej.

 

KUKURRRRYYKKU!!!!

KUKURRRRYYKKU!!!! KUKURRRRYYKKU!!!!

Za chwilę zaczęły odpowiadać wszystkie koguty we wsi. Nie. Proszę. Nie tej nocy.

Na szczęście miałam plan B – zatyczki do uszu. Przydały się w wybitnie hałaśliwym La Paz, więc i tutaj nie powinny mnie zawieść. Obym tylko usłyszała budzik… Zakładam moją „zbroję” na uszy i powoli zapadam w sen…

 

KUKURRrykuuuu!!! KUKUrrykuuu! KUkuryku… Kukuryku…… kuku………………… Cisza. Zatyczki działają! Taaak!

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *