Przygotowania i pierwszy przystanek – Londyn

Mimo, że tego dnia o 6 rano odlatywał mój samolot do Londynu, dopiero w nocy znalazłam czas, aby się spakować na 3 miesiące podróży, dlatego też postanowiłam po prostu nie iść spać. Jeszcze na tydzień przed podróżą otrzymałam od wujka obieżyświata cenną radę odnośnie pakowania na długą podróż. Brzmiała ona tak:
1. Naszykuj tematyczne kupki z najbardziej potrzebnymi rzeczami. W jednej ciuchy, w drugiej kosmetyki, w trzeciej sprzęt itd…
2. Z tych najpotrzebniejszych rzeczy wybierz tylko te absolutnie najbardziej niezbędne, tak, żeby została ich mniej więcej połowa.
3. I z tych absolutnie najbardziej niezbędnych zabierz paszport i portfel i ruszaj w drogę.
Wzięłam sobie tę radę do serca, a przynajmniej chciałam spróbować. Pamiętałam przecież, że podczas podróży do Stanów Zjednoczonych sprzed dwóch lat, chociaż zabrałam ze sobą tylko same niezbędności, niektórych z nich użyłam dokładnie raz w ciągu dwóch miesięcy, a wielu w ogóle. I jeszcze dochodziło do tego moje kolekcjonerstwo. Przy końcu podróży wręcz uginałam się pod ciężarem pamiątkowych map, broszur i widokówek. Dlatego podjęłam decyzję – tym razem zabieram tylko tyle rzeczy, żeby nie kwiczeć, jak będę musiała przejść z nimi kilka kilometrów.

Dlaczego Londyn? Stąd były najtańsze loty, a przy okazji pomyślałam, że będzie to świetna okazja na zwiedzanie znanego mi wciąż tylko z opowieści miasta.

Samolot do Londynu pełen był, rzecz jasna, Polaków. Krążą legendy o niechęci Polaków do siebie na obczyźnie, ale w moim przypadku zupełnie się one nie potwierdzają. Po wylądowaniu doznałam pierwszego małego szoku kulturowego. Spytałam pracownika lotniska czym najlepiej jest dojechać do centrum miasta. Nigdy wcześniej nie byłam w Wielkiej Brytanii, więc gdy usłyszałam odpowiedź rodowitego Brytyjczyka, musiałam przez dłuższy czas trawić jego słowa, żeby dotarł do mnie ich sens. Byłam przyzwyczajona do amerykańskiego akcentu, brytyjski zaś brzmi prawie jak inny język. Ostatecznie postanowiłam jednak skorzystać z alternatywnego sposobu podróżowania, który zawsze mi się sprawdza. Jak to działa? Poszłam na parking koło lotniska i wystarczyło mi spytać dwie osoby, które akurat ładowały bagaże do samochodu, czy może nie mogłabym się z nimi zabrać do centrum miasta. Pierwsza odpowiedziała serdecznie, że niestety nie jedzie do Londynu, druga, że jak najbardziej. Był to oczywiście Polak z rodziną. W sympatycznym towarzystwie dojechałam na zachodnie obrzeża miasta, gdzie przy stacji metra po raz pierwszy telefonicznie połączyłam się z radiem Afera. Po zdaniu krótkiej relacji udałam się prosto do centrum.

W drodze spotkał mnie kolejny mały szok. Wagony metra londyńskiego przypominają bardziej zabawkową kolejkę niż podziemny pociąg. Przyzwyczajona do francuskich, amerykańskich, niemieckich, węgierskich, włoskich czy rumuńskich standardów, gdzie pojazdy są naprawdę duże, szerokie, w każdym miejscu można stać wyprostowanym, nie mogłam uwierzyć jak maleńkie są wagony najstarszego metra na świecie w Londynie. Tylko na ich środku można stać bez konieczności pochylania, ale i tak działa to jedynie dla osób stosunkowo niewysokich. Same tunele są bardzo wąskie i niskie, tory jak tramwajowe. Brytyjczycy jednak wcale nie są mniejsi… chyba, że projektant budował wagony pod siebie.

Na miejscu spotkałam się z Johanną, znajomą Francuzką, którą poznałam niecały rok wcześniej w Budapeszcie, i która od dłuższego już czasu mieszka w Londynie. Nieczęsto udaje się ponownie spotkać z przyjaciółmi z poprzednich podróży, dlatego obie ucieszyłyśmy się na swój widok, wspominając Węgry i obiecując sobie zwiedzanie Londynu śladami Harry’ego Pottera za trzy miesiące, gdy wrócę z Ameryki Południowej.

Oj tak, Londyn w moich wyobrażeniach zawsze wyglądał jak ten opisany w Harrym Potterze. Ulubiona lektura z czasów dzieciństwa do dzisiaj porusza moją fantazję, dlatego gdy tylko ujrzałam piętrowe, czerwone autobusy, wyobraziłam sobie Błędnego Rycerza. Gdy w końcu udało mi się przejechać jednym z nich siedząc z przodu na piętrze, musiałam momentami przymykać oczy, bo miałam wrażenie, że mieszkanka stylu jazdy kierowcy z szerokością pasa na jezdni i gęstością pojazdów oraz pieszych, lada moment wywoła wielkie bum! Od razu przypominał mi się pamiętny opis w Harrym Potterze, jak kierowca Błędnego Rycerza na widok dwóch innych autobusów jadących obok siebie z naprzeciwka i zajmujących całą szerokość jezdni, czarował pojazd, że zwężał się on do tego stopnia, aby móc się zmieścić pomiędzy nimi. Obserwując ruch uliczny z piętra świetnie rozumiałam skąd się wzięła taka fantazja autorki.

Wiedziałam, że Londyn jest ogromny, ale rzeczywistość jeszcze przewyższyła moje oczekiwania. Pod względem powierzchni jest on dokładnie piętnaście razy większy od Paryża. Zachwyciła mnie miejscowa architektura, która jest tak bardzo zróżnicowana, niemal każda ulica wygląda zupełnie inaczej od poprzedniej. W Paryżu, odkąd Napoleon III w XIX wpadł na genialny pomysł „unowocześnienia miasta”, co wiązało się z wyburzeniem wszystkich średniowiecznych zabudowań i postawieniem na ich miejscu identycznych kamienic, prawie każdy zakątek miasta jest do siebie podobny. Londyn to z kolei mieszanka tak wielu różnych stylów, gustów i epok, że wprost nie da się oderwać od nich oczu.

Pogoda w Londynie też jest bardzo specyficzna – w ciągu jednego dnia doświadczyłam tu wszystkich pór roku – było gorąco, ciepło, chłodno, lodowato, bardzo słonecznie, bardzo deszczowo, no i tęczowo – bo dokładnie w dniu mojego przyjazdu odbywała się coroczna parada gejowska. Początkowo dziwiło mnie, że wiele ulic było kompletnie opustoszałych z ruchu, później znów miałam wrażenie, że znaczna większość mieszkańców tego miasta ma bardzo intrygujący gust co do ubierania się – panowie w szpilkach, wszechobecny róż, drag queens itp… Aż w końcu wszystko połączyło się w jedną całość, gdy ujrzałam tęczowe dekoracje.

Kolejny szok kulturalny stanowiły dla mnie miejscowe… ceny. Sądziłam, że Oslo jest drogie – jednoprzejazdowy bilet na komunikację miejską kosztuje tam, w przeliczeniu na nasze, 15 złotych. W Londynie jeden przejazd metrem to bagatela 25 złotych! Po wydaniu niespełna 50 złotych na jednodniowy bilet, stwierdziłam, że na przyszłość podziękuję i będę przemierzać bezkresny Londyn na piechotę.

Jeszcze jednym zaskoczeniem była czystość Londynu. Chodniki były tak nieskazitelnie czyste, że można by po nich chodzić wręcz w kapciach! Żadnych śmieci, żadnych kup, żadnego błota, piachu, nic. Szkoda, że tak niewiele miast może się pochwalić podobną dbałością o czystość.

Jak wspomniałam wcześniej, w noc poprzedzającą przylot na wyspy nie zmrużyłam oka, dlatego tak przemierzając całe miasto w pewnym momencie zmuliło mnie tak bardzo, że zwyczajnie lunatykowałam. Pod względem spania jestem trochę jak niemowlę – jeśli nie prześpię się przynajmniej 8 godzin lub nie wypiję sporej dawki kofeiny (życie studenta jest takie wspaniałe), jestem nie do życia. Jednak zwiedzanie miasta na śpiąco jeszcze mi się nie przytrafiło. Zdałam sobie sprawę, że chyba coś jest nie tak, kiedy piesi zaczęli mi ustępować miejsca na chodniku, co na tłocznych ulicach zwyczajnie się nie zdarza. Wprawdzie nie wchodziłam na innych, jednak najwyraźniej mój tor poruszania się był bardzo kręty… Kiedy otworzyłam oczy, odkryłam, że chyba jestem w jakiejś nowej dzielnicy. Cóż za oszczędność czasu! Oto jak zostałam ekspertem w jednoczesnym spaniu, spacerowaniu i zwiedzaniu.

Nie spałam już od prawie 40 godzin, gdy moja wspaniała gospodyni Johanna zaproponowała po skończeniu pracy oprowadzenie mnie po Londynie nocą. Kawa kolejny raz ocaliła mnie od konieczności bycia noszoną na rękach. Niemniej miasto nocą było zachwycające!

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *