Paszportowe zakałapućkanie

Paszportowe zakałapućkanie

Od poniedziałku przebywam w Ekwadorze. I mam ciekawostkę dla osób planujących wielomiesięczną podróż po więcej niż jednym kraju Ameryki Południowej. Otóż, gorąco zalecam, na granicach przy wjeździe i wyjeździe z danego kraju, aby się dopytywać o zasady regulujące czas maksymalnego pobytu. Dla osób lokalnych, to jest latynosów z całego kontynentu, jest to sprawa dość błaha i nie przywiązują zbyt wielkiej wagi do dokładności swoich odpowiedzi, o ile ich się nie zmusi do drobiazgowego sprawdzenia każdej kwestii. Dlaczego tak jest? Po pierwsze, wiadomo, ponieważ taki jest latynoski duch. Z niczym się nie spieszyć, wykonując jedną rzecz odpocząć trzy razy w międzyczasie, dużo spać, mało pracować i w ogóle pełen chill, zawsze jakoś to będzie. Taki przynajmniej jest stereotyp, bo od powyższej reguły nietrudno doszukać się wyjątków. Wyjątek pozostaje jednak wyjątkiem, więc nie wiedząc z kim ma się do czynienia, lepiej zakładać że takie ma właśnie podejście do życia. Polecam, pomaga uniknąć wielu rozczarowań.

Ale do rzeczy. Cały kontynent południowoamerykański objęty jest czymś w rodzaju naszej europejskiej strefy Schengen. Kolumbijczycy, Argentyńczycy, Brazylijczycy, mogą podróżować po wszystkich innych krajach przy pomocy samego tylko dowodu osobistego, i w każdym roku mają prawo do legalnego pobytu w danym kraju przez 180 dni bez żadnych wiz. Taki turysta europejski ma prawo tylko do 90 dni, i to za wizą i łaską celnika. Kary za przekroczenie tej liczby są bardzo różne zależnie od kraju (Ekwador, dla przykładu, woła sporo więcej niż Kolumbia), ale ogólnie rzecz ujmując – wysokie. Bardzo. Przy czym jeśli już przekroczy się swój legalny pobyt o jeden dzień, to spokojnie, można przekroczyć o kolejnych sto, bo kara jest taka sama, niezależnie od przekroczonego czasu.

W trakcie mojej podróży spotkałam jednak wielu włóczęgów, którzy są w drodze już od kilku lat, i jednorazowo przebywają w danym kraju nieraz osiem miesięcy albo więcej. Królują tu Argentyńczycy. Przychodzi mi do głowy tylko jedno skojarzenie – współcześni Amerykanie z lat 60-tych, dzisiejsza esensja stylu życia hipisów. O argentyńskim sposobie podróżowania mogłabym pisać bez końca, ale co by tylko dać posmak: tabuny Argentyńczyków w wieku między 20 a 40 lat jeżdżą po całej Ameryce Południowej, przez lata nie powracając do domu. Nie zdziwiłabym się, gdyby liczby sięgały 90% osób z tej grupy wiekowej, ale pojęcia nie mam, więc nie przesadzam. Prawdą jest jednak, że gdziekolwiek człowieka nie poniesie, w każdym zakątku Ameryki Południowej spotka przynajmniej jednego Argentyńczyka, a zazwyczaj z pięciu, bo lubią się łączyć ze swoimi. Utrzymują się z typowo hipisowskich zajęć, jakimi są: wyrób ozdób, teatr uliczny i muzyka. Żyją z dnia na dzień, i donikąd im się nie spieszy – chyba to jest najpiękniejsze. W każdym razie, ludzie podróżujący w ten sposób zupełnie nie przejmują się obowiązującymi wysokimi karami, i mimo wszystko przekraczają dozwolony czas pobytu o wiele miesięcy. Gdyby nawet ktoś chciał ich zmusić do zapłaty kary, to i tak nie mają z czego jej uiścić. Dlatego pełen luz! (Zamierzam jednak przeprowadzić małe śledztwo, co by się dowiedzieć jak to dokładnie wygląda…)

Kiedy dobiłam do wybrzeży Kolumbii na pokładzie jachtu Rapa-Nnu, przeszłam kontrolę paszportową, w trakcie której poinformowano mnie, że otrzymuję 90 dni bezpłatnego pobytu, a jeśli chcę więcej, to muszę przedłużyć pobyt w odpowiednim urzędzie w którymś z dużych miast, albo wyjechać z kraju i następnie ponownie do niego wjechać. Sprawa okazuje się być jednak nieco bardziej skomplikowana. W odpowiednim urzędzie w jednym z dużych miast – w Pasto, który odwiedziłam ponad miesiąc temu, aby spokojnie móc podróżować po bardziej dzikich rejonach nie martwiąc się o cza, poinformowano mnie, że – po pierwsze przedłużenie pobytu kosztuje, i to odpowiednik kilkuset złotych. Po drugie – pobytu nie mogą przedłużyć, skoro w tej chwili mam jeszcze miesiąc – muszę się stawić w jednym z ostatnich dni dozwolonego pobytu. Dlatego stwierdziłam – trudno, odpuszczę, a później przekroczę granicę z Ekwadorem, pozwiedzam chwilę, i wrócę – w końcu już i tak byłam niedaleko.

I wreszcie nadszedł ten czas, kiedy musiałam zmykać z Kolumbii, co by się nie nabawić kłopotów. Ostatnim, o czym marzyłam, było spóźnienie. Dokładnie policzyłam którego dnia mija 90 dni i dałam sobie kilka dni dodatkowej rezerwy. Znajomy Kolumbijczyk, z którym opuściłam Sibundoy, aby udać się wspólnie na kilka dni do Ekwadoru, uspokajał mnie, że nie mam czym się przejmować, że nawet jak się stawię 2-3 dni później, to nic nie szkodzi, nawet przy 10 odpuszczają. Postawiłam jednak na swoim, że granicę przekroczę najpóźniej w przedostatni oficjalnie dozwolony dzień.

I tu klops. Owszem, byłam na czas, i owszem, otrzymałam pozwolenie na wjazd do Ekwadoru. Ale do Kolumbii mogę wrócić dopiero w styczniu. I całe szczęście, że w ogóle, bo zostawiłam tam kosztowną część swojego bagażu. Otóż tak, celnik z wybrzeża miał rację co do tego, że wyjazdem z kraju i powrotem do niego mogę sobie przedłużyć pobyt, ALE – wyłącznie jeśli dotychczas spędziłam mniej niż 90 dni na jego terenie w danym roku. W przeciwnym razie – mogę wrócić dopiero w roku kolejnym… I tu znów baardzo mi się poszczęściło, bowiem rok trwający od stycznia do grudnia owszem obowiązuje w Kolumbii, ale w Ekwadorze już nie. Zasady są takie same, tyle tylko, że Ekwadorczycy liczą pełen rok indywidualnie dla każdego podróżnego, dokładnie 365 dni od pierwszego dnia jego pierwszego pobytu. Dlatego gdyby kierunek mojej podróży by odwrotny, z Ekwadoru do Kolumbii, i gdybym do Ekwadoru musiała wrócić, to… Podróż troszeczkę by się wydłużyła! Szczęście mam również, że już jest połowa listopada. Gdybym znalazła się w podobnej sytuacji w takim kwietniu, to… patrz wyżej. A znajomy Kolumbijczyk? Całe szczęście, że jeszcze nie przekroczył swojego limitu na pobyt w Ekwadorze, bo odwiedzał ten kraj już drugi raz w przeciągu paru miesięcy. Tych 10 dni spóźnienia, o których mi opowiadał, że celnicy przymkną oko, darowano mu przy jego pierwszym wjeździe tylko dlatego, że przysługiwało mu 180 dni, a nie – jak mu się zdawało – 90… Dlatego wykorzystał już 100 i teraz zostało mu 80.

Dlatego – dobra rada na dziś! Latynosom lepiej zadać to samo pytanie 5 razy, i jeszcze upewnić się u kilku innych z nich, czy przypadkiem aby wersja każdego się nie różni od pozostałych.

Ekwadorskie pozdrowienia z Teny!

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *