Czy naprawdę wszystko w dżungli chce nas zabić? część I – Pająki!

Czy naprawdę wszystko w dżungli chce nas zabić? część I – Pająki!

Amazoński gąszcz. Zielono, bardzo zielono dookoła, i nic poza tą zielenią. Pole widzenia kończy się już na kilku metrach, zatrzymawszy się na splecionych lianach, z których zwisają długie grzywy mchów i porostów. Spomiędzy nich łypie na ciebie para żółtych oczu. A po nogach wspinają się setki mrówek kilkucentymetrowej długości. I w tym wszystkim Ty. W panice. Jak tu przeżyć, kiedy wszystko dookoła chce cię zabić?

Śmiertelnie kąsające owady, rośliny porażające jadem od samego dotknięcia, grzyby rozmnażające się na spoconej skórze, żarłoczne drapieżniki, spragnione nietoperze wampiry, piranie węszące świeżą krew, ryby-pasożyty, węgorze o mocy elektrowni atomowej, no i węże – jadowite, dusiciele, do koloru, do wyboru. Brzmi groźnie? Do tego jeszcze dodaj malarię, żółtą febrę i dengę, a otrzymasz… zaledwie niewielki odsetek wszystkich czyhających w Amazonii niebezpieczeństw. Zanim od razu zrezygnujesz z marzeń przeżycia przygody w puszczy tropikalnej i kupisz bilet PKP do Ciechocinka, przeczytaj tę serię wpisów poświęconych tropikalnym bestiom.

Tarantule

Wielkie, włochate i śmiertelnie groźne, tak je sobie wyobrażamy. W rzeczywistości nie taki potwór groźny, jak go malują. Nigdy nie zapomnę pewnego zdarzenia, które miało miejsce w nocy, na dzikim amazońskim biwaku.

Jeszcze za dnia rozstawiliśmy z moim przewodnikiem Eduardo hamaki, przy brzegu jednego z małych i wąskich dopływów rzeki Ukajali. Konstrukcja naszych prowizorycznych łoży była wodo- i zwierzo-odporna, szczelnie zamknięta z każdej strony. Hamak niczym kokon został opatulony moskitierą, a ponad nimi na linkach zawiesiliśmy dach z plastikowej płachty. Ani tropikalna ulewa, ani towarzyskie robactwo nam nie groziły. Moskitiera była wydłużona w swojej środkowej części tak, aby dotykała aż do ziemi. Dzięki temu można była do środka włożyć plecak, który był zabezpieczony, ale twardo leżał na ziemi zamiast w powietrzu. Na hamak rzuciłam cienkie prześcieradło do przykrycia, i poszłam z Eduardo gotować kolację.

Osiem do dwóch

Po zmierzchu, który następuje już o godzinie 18, wgramoliłam się do swojego wyra i wyciągnęłam z plecaka książkę o amazońskich zwierzętach. Wciągnęła mnie na całego, czytałam ją przez kilka długich godzin, kiedy w końcu sen zaczął wpychać się pod powieki. Nie wychodząc z hamaka, odłożyłam książkę do plecaka i już chciałam gasić latarkę-czołówkę, gdy zamarłam. Na moim brzuchu siedział wielki, tłusty, włochaty pająk. Łypał na mnie swoimi ośmioma ślepiami, jakby go dziwiło moje zszokowanie. Nie poruszyłam się. Ani ja, ani on. Pająk był wielkości mojej dłoni i całe jego ciało zdobiły pokaźne, szaroróżowe szczeciny. Patrzyliśmy tak na siebie przez kilka sekund w zdumieniu, gdy najdelikatniejszym głosem, jakim potrafiłam, zawołałam imię Eduardo. Miałam nadzieję, że mój ton będzie wystarczający, by go obudzić, lecz zbyt słaby, by przestraszyć pajęczaka. Wystraszone zwierzę chce się bronić. Nie miałam ochoty jednak, by polem naszej potyczki stał się mój brzuch.

Skąd ta bestia się tu wzięła? Moskitiera była szczelnie zamknięta przez cały czas. To oznaczało, że pająk czaił się tu jeszcze zanim weszłam do środka. Przy rozstawianiu campingu musiał zaplątać się w prześcieradło – albo wszedł tam celowo – i towarzyszył mi w lekturze O amazońskich zwierzętach przez ostatnich kilka godzin. Godzin, w trakcie których ciągle zmieniałam pozycję, przekręcałam się z jednego boku na drugi, przykrywałam się, to i znów odkrywałam – doprawdy, zarówno spanie w hamaku, jak i tropikalna duchota męczą! Tarantula przez cały ten czas cierpliwie znajdowała przy każdym moim ruchu swoją wygodną fałdę w pościeli, i wcale nie zdawała się narzekać. Eduardo na szczęście się obudził, przyszedł, chwycił bestię przez szmatkę i wyrzucił na zewnątrz moskitiery. Nikomu nic się nie stało i wszyscy byli zadowoleni.

Nie taka bestia straszna…

Po powrocie do naszych umiarkowanych stref klimatycznych, sprawdziłam parę informacji na temat tarantuli. Co nie dziwi, sama nazwa tarantula nie oznacza żadnego konkretnego pająka, a nawet konkretnego rodzaju czy rodziny. Owo określenie jest używane dla gatunków z rodzin pogońcowatych (Lycosidae), ptasznikowatych (Theraphosidae) lub Dipluridae. Najczęściej jednak, mówiąc o tarantuli, mamy na myśli rodzaj Avicularia należący do tej drugiej rodziny. Pajęczak z moich wspomnień idealnie pasuje do włochatych bestii z tego właśnie rodzaju. Ich jad jest o bardzo małej toksyczności dla człowieka, więc jedynym co ma prawo nas przerażać, jest ich mało sympatyczny wygląd (choć zależy jak dla kogo, osobiście znam osoby, które trzymają te małe potworki jako swoje zwierzęta domowe J).

Po tym przeżyciu polubiłam pająki jeszcze bardziej niż wcześniej. Kiedy tylko przydarzyła mi się okazja, by takiego przytulić, chętnie z niej skorzystałam! Jako dowód załączam kilka zdjęć z moich studenckich czasów na UAM :-). Uśmiech na twarzy wynika nie tylko z radości – ale przede wszystkim z tego, że włochate odnóża tarantul-ptaszników łaskoczą jak nie wiem co!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Przeczytaj także

1 komentarz dla “Czy naprawdę wszystko w dżungli chce nas zabić? część I – Pająki!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *