Cuda się zdarzają!

Od samego rana wypełniały mnie mieszane uczucia – z jednej strony już niemal namacalnie czułam przesyłkę w swoim ręku, a z drugiej obawiałam się, co będzie, jak znowu nie przyjdzie. Już i tak bardzo skorzystałam na gościnności Colina, jednak ile czasu można siedzieć zapracowanemu człowiekowi na głowie? Nie mogłam przenieść się do kogoś innego, bo przecież musiałam odebrać przesyłkę. Wyznając teorię, że aby nadeszło coś wyczekiwanego, trzeba się na to psychicznie i fizycznie otworzyć, spakowałam pieczołowicie wszystkie swoje rzeczy tak, jakbym lada moment zbierała się do drogi. Zawiązałam buty, kupiłam bilet na ostatni przejazd metrem na lotnisko. Brakowało tylko jednej, jedynej rzeczy w bagażu! I jeszcze pozostawała jedna kwestia… kwestia szczęścia jak już na to lotnisko dojadę.

Mijały kolejne godziny poranka, słońce pięknie przyświecało, a ja nie ruszyłam się ani na krok z mieszkania, żeby tylko być w odpowiednim momencie na miejscu i rzucić się w ramiona listonoszowi, o ile nadejdzie. Ale nikt nie nadchodził. Sprawdzałam co chwilę stronę poczty w internecie, czy może status mojej przesyłki z „wysłano do Londynu” w końcu ulegnie zmianie na „dostarczono do odbiorcy”, ale nic takiego nie nastąpiło – najwyraźniej dla poczty fakt wysłania listu za morze oznaczania koniec ich zakresu zainteresowań. Siedzieliśmy z Colinem w salonie i się martwiliśmy. Martwił się też przyjaciel w Poznaniu, i martwili się wszyscy w domu. I tak się jednoczyliśmy w zamartwianiu, próbując wymyślić jakieś plany B, C i D, gdy nagle… zadzwonił domofon! Już byłam gotowa do biegu po schodach, żeby – w istocie – rzucić się listonoszowi w ramiona, gdy jak strzała sam wbiegł na górę i doręczył mi upragniony list. Z podekscytowania prawie porwałabym przy tym prywatną korespodencję Colina, który z kolei sprowadził mnie szybko na ziemię, polecając, żebym się upewniła, iż przesyłka zawiera na pewno to, co powinna. Radość po otwarciu listu była jeszcze większa niż na widok listonosza.

Cóż mi pozostawało? Pokłoniłam się Colinowi za uratowanie od spania na lotnisku i udostępnienie adresu do wypełnienia misji, podarowałam z wdzięczności polskie krówki, zarzuciłam dawno wyczekujący plecak na ramiona, drugi mniejszy na brzuch, i wybiegłam w popłochu na stację metra. Ale radość spodziewanie szybko ustąpiła miejsca stresowi. Bo przecież od niedzieli zastanawiałam się, jakie będzie moje alibi, gdy powrócę na lotnisko z wizą… Bez żadnych skrupułów pracownicy American Airlines mogliby mi powiedzieć, że, no cóż, to mój problem, że nie miałam wizy na czas. Taki właśnie przekaz odebrałam zresztą w pamiętną niedzielę rozmawiając przez telefon z biurem linii lotniczych po drugiej stronie oceanu. Bagatelka 1500 dolarów za różnicę w cenie biletu i 170 kary za zmianę terminu. Ach, no i jeszcze jakieś 2 tygodnie oczekiwania, żeby nie trzeba było płacić 3000 dolców. A jak się nie podoba to anulowanie wszystkiego i sama se pani radź! Nie powiem, najbliższa przyszłość jawiła się iście kolorowo…

Nie o tym jednak miałam myśleć!

Ponownie wyznając teorię, że aby dostać to, co się chce, trzeba się do tego całkowicie psychicznie i fizycznie nastawić, postanowiłam oszukać swój mózg, że zwyczajnie jadę na lotnisko, żeby wsiąść w swój samolot w pierwszym terminie, jakby frustrujące wydarzenia sprzed kilku dni w ogóle nie miały miejsca. Droga metrem trwa prawie godzinę, i przez tę całą godzinę usiłowałam podtrzymać swoją niezachwianą wiarę w to, że wszystko będzie dobrze, bo przecież gorzej już być nie może! Słuchałam sobie ulubionej muzyki, patrzyłam na ładne widoki za oknem (londyński „underground” jest oszukany – pod ziemią znajduje się znacznie mniejsza część kolei niż tej nadziemnej), rozluźniłam się jak tylko potrafiłam… aż w końcu pociąg dojechał na stację „Terminals 1, 2, 3 & 5” i poczułam dotkliwy ból brzucha.

Zwolniłam kroku niemal do zera i usiłowałam głęboko oddychać. Ruchome schody wyniosły mnie na powierzchnię lotniska, jeszcze tylko parę metrów do wejścia F… W sumie nie miałam żadnego pojęcia, co zastanę, jakich ludzi, jaką reakcję – wszystko zależało od pozytywnego zbiegu okoliczności. Tego dnia potrzebowałam naprawdę dużej dozy szczęścia. A skoro tylko tego mi trzeba, to co tam się będę przejmować, szczęście jest albo go nie ma, więc cała naprzód – pomyślałam.

Przy ostatnich sekundach dochodzenia do okienka American Airlines zdążyłam tylko pomyśleć o tym, jaką strategię wybrać. Bo wybór był spory: mogłam odegrać zagubioną Sierotkę Marysię, wielce oburzoną jaśnie panią, zrozpaczoną i rozczarowaną życiem frustratkę albo z miejsca mogłam po prostu wywołać histerię. Rozmyślanie nad tym jednak zabrało dokładnie tyle czasu, ile potrzeba było na dojście do końca pomieszczenia i zabrakło mi już czasu na podjęcie decyzji.

Ujrzałam przed sobą elegancką Afroamerykankę, z której wyrazu twarzy nie dało się wiele wyczytać. Powolnymi ruchami zdjęłam jeden plecak, drugi, wyprostowałam się, nieśmiało uśmiechnęłam i rzekłam:

– Let me tell you my story…

Pani nachyliła się i uważnie zaczęła słuchać mojej opowieści o wydarzeniach ostatniego dnia. Mowiłam po kolei o tym jak odmówiono mi wejścia na pokład, jak rozmawiałam z jej koleżankami, który chciały mi pomóc, ale nic nie mogły zrobić, o rozmowach z biurami AA za oceanem, o spaniu na lotnisku, o rozmowach z ambasadą, o zaangażowaniu tylu ludzi, żeby dostarczyć przesyłkę, o oczekiwaniu i o ostatecznym wypełnieniu misji. Pani słuchała marszcząc brwi, co jakiś czas wydawała odgłosy „ojej”, „naprawdę?”, „o rany”. Skończyłam opowieść mówiąc:

– So that’s it. I don’t really know what to do now…

A pani na to odparła:

– Wait a moment.

I wyszła na zaplecze swojego stanowiska. Zniknęła na kilka długich minut, a ja przez ten czas nie ruszyłam się z miejsca o krok. Na ścianie przede mną wyświetlał się film prezentujący wygląd kabiny samolotowej w klasie business i migawki z lotu nad oceanem o zachodzie słońca. Ech!

W końcu wróciła, a ja bałam się spojrzeć na jej twarz, żeby tylko nie ujrzeć wyrazu pod tytułem „przykro mi”. Usiadła przede mną, położyła coś na biurku i powiedziała:

– Wszystko w porządku, lecisz dzisiaj dokładnie tym samym lotem – i szeroko się uśmiechnęła.

Najpierw w ułamku sekundy moje brwi uniosły się wysoko do góry z niedowierzania, później omal nie wybuchnęłam śmiechem i wyrzekłam:

– Naprawdę? To było takie proste?!

– Cóż, właściwie to wcale nie było proste, ale opowiedziałam szefowi twoją historię i po prostu on uznał, że jesteś prawdomówna i że może ci zaufać.

Kolejny raz tego dnia miałam ochotę się na kogoś rzucić i go wyściskać – i prawie bym to zrobiła, gdyby nie szybka myśl „lepiej nie, bo jeszcze w tym całym szczęściu oskarżą cię o naruszenie przestrzeni prywatnej”!

Najbliższe minuty brzmiały jak spełnienie Marzeń! Nic nie muszę dopłacać, żadnych różnic cen, żadnych kar, poprzednie anulowanie zostało… anulowane, za kilka godzin mam lot do Nowego Jorku i stamtąd do Limy, a wracam dokładnie tego samego dnia, który zarezerwowałam kilka miesięcy wcześniej (co było delikatnie mówiąc ważne, bo przecież miałam też zerezerwowany lot z Londynu do Poznania). Roześmiałam sięw duchu i po raz dziesiąty podziękowałam przemiłej pani z American Airlines, która szczerzyła do mnie zęby w radosnym uśmiechu.

– W minioną niedzielę, gdy przy bramce zostałam poproszona o wizę, myślałam, że…

– Że zejdziesz z tego świata?

– Dokładnie tak! – i obie się roześmiałyśmy.

Dzierżąc najpiękniejszy bilet na świecie skierowałam się prosto do okienka oddania bagażu, gdzie jeszcze dziesięć razy sprawdzono moją wizę i zadano milion pytań „a po co, a dokąd, a do kogo, a na ile, a co w bagażu, a skąd znam tego, kogo lecę odwiedzić, a co robię w życiu” – standardowy wywiad. Później już tylko położyłam plecak na taśmie, wysłuchałam kolejnych wskazówek od miłego pana i oddaliłam się w podskokach mając jeszcze ponad dwie godziny oczekiwania do odprawy. Pierwsze co zrobiłam, to oczywiście obdzwoniłam wszystkich tych, którzy przez ostatnich kilka dni jednoczyli się ze mną w zamartwianiu. W słuchawce po kolei mogłam usłyszeć westchnienia ulgi. Radości nie było końca!

Mając jeszcze sporo czasu, postanowiłam coś zjeść. Żeby dopełnić sobie szczęścia, wybrałam najładniejszą restaurację na lotnisku i w oczekiwaniu na posiłek od razu spisałam wrażenia na kartce papieru. Z restauracyjnych głośników popłynęła nagle muzyka Jackson Five! Czy można mieć więcej szczęścia w ciągu tak krótkiego czasu?

W międzyczasie zobaczyłam jeszcze jedną ciekawostkę: przy stoliku obok siedziały dwie Azjatki, trudno powiedzieć z jakiego kraju. Poprosiły kelnerkę o zrobienie im zdjęcia z ich obiadem. Kelnerka oczywiście chętnie przystała na prośbę, chwyciła aparat robi zdjęcie, a tu gotowa fotografia wysuwa się na papierze z boku aparatu! O rany, jeśli tak ma wyglądać najnowszy krzyk mody na zdjęcia z wakacji, ciekawa jestem ile kilogramów muszą takie pamiątki ważyć po całym urlopie!

Gdy tak spisywałam swoje spostrzeżenia, z głośników popłynęła kolejna piosenka, na której dźwięk szeroko się uśmiechnęłam. To było „You can’t always get what you want” Rolling Stonesów. Zaledwie dwa dni wcześniej, będąc tak bardzo zasmucona na tym samym lotnisku, tylko piętro niżej, nuciłam ją sobie pod nosem dla pocieszenia marząc o tym, aby wypełnił się kolejny werset tekstu: „but if you trust sometimes then you’ll find you get what you need”. Marzenia naprawdę się spełniają :-))).

Ale wkrótce miało się okazać, że przygoda lotniskowa to dopiero początek tarapatów, z jakimi miało mi przyjść sobie radzić. Jednak ten dzień już do końca pozostał wspaniały. W końcu odmłodniałam o kilka godzin lecąc na zachód! Samolot linii American Airlines był niesamowicie wygodny. I nie mogłam aż uwierzyć, że przy tym całym zamieszaniu z moim biletem, cudowna pani z obsługi pomyślała nawet, żeby przypisać mi bilet koło okna, tak jak to sama zrobiłam za pierwszym razem! A miejsca obok mnie były wolne i mogłam się rozłożyć na kilku siedzieniach i spać na zmianę z podziwianiem widoku, bo tego dnia noc zostawiłam daleko w tyle. W fotelu przede mną był ekran doskonałej jakości i mnóstwo filmów do wyboru z każdego gatunku, tak więc lot upłynął mi na oglądaniu Budapest Hotel, Żebra Adama (z Katherine Hepburn i Spencerem Tracy’m) oraz jakiejś disneyowskiej produkcji o szympansie z Amazonii.

Po przylocie do Nowego Jorku przyznano mi, zupełnie niepotrzebnie, maksymalną długość pobytu, czyli 6 miesięcy. A później jeszcze przeżyłam małą przygodę dotyczącą drugiego lotu, tj. południowoamerykańskimi liniami LAN do Limy. Wcale mnie nie zdziwiło, że nie mieli mojego nazwiska w bazie danych, niemniej trochę musiałam się naczekać, żeby w końcu wyjaśnili zaistniałą sytuację. Przekazywano mnie w ręce kolejnych pracowników linii lotniczych – jedna z pań wstukując setki numerków w klawiaturę stwierdziła, że bardzo jej się podoba mój plecak podróżny. Wspaniale, mnie by się zaś bardzo spodobał mój bilet, o ile go w końcu dostanę. W dodatku nikt mnie nie informował, co się właściwie dzieje, bo w liniach LAN nie mówi się w języku innym niż hiszpański lub ewentualnie portugalski. Każda kolejna osoba usiłowała przeliterować komuś przez telefon moje nazwisko, które sprawiało nie lada problem. Ale po długim wyczekiwaniu w końcu otrzymałam upragniony papierek i udałam się w kolejną podróż setką korytarzy, przejść i schodów aż do terminalu odlotów.

Tam spotkała mnie kolejna ciekawa przygoda. W poczekalni terminalu prawie wszystkie miejsca były zajęte – oprócz jednego. Spytałam pana siedzącego obok, czy mogę się przysiąść i to jedno niewinne pytanie pociągnęło za sobą dyskusję trwającą dobrze ponad godzinę, aż do momentu, gdy musiałam się udać na pokład. Pan ten był Amerykaninem w średnim wieku. Najpierw zagadał pytaniem, czy jestem z Rosji. Odparłam, że dobrze strzela, ale jednak niezupełnie. Chwilę się zastanowił, głęboko skupił, i nagle ujrzałam ten błysk w oczach: „Dzień dobry!” – powiedział do mnie po polsku z amerykańskim akcentem. Byłam tym zupełnie zaskoczona, ale największą niespodzianką okazała się jego wiedza na temat Polski. Mówił m.in., że: Polska jest absolutnie fascynująca, był tam 10 razy w ciągu 2 lat, sam się nie spodziewał, że jesteśmy tak rozwiniętym ekonomicznie krajem – według niego lepiej niż same Stany (sic!), że mógłby do nas wiecznie wracać, że Polacy są tacy kulturalni i serdeczni, że ubóstwia polski żurek, że został specjalistą w dziedzinie historii Powstania Warszawskiego i ogółem Polska jest istnym rajem na ziemi. Sam Amerykanin oczekiwał na lot do Los Angeles, gdzie mieszkał. Cudze chwalicie, swego nie znacie – chciałoby się powiedzieć do Polaków z przymrużeniem oka.

Później ów pan z jakiegoś powodu zaczął mi pokazywać zdjęcia na swoim telefonie. Przedstawiały imprezę starszych ludzi z jednym szczególnym starszym panem. Mój rozmówca zapytał, czy wiem kim ten starszy pan jest. Jego twarz zdecydowanie wyglądała znajomo, jednak nie chciałam popełnić gafy. Okazało się, że byłam bardzo blisko – strzelałam, że to Neil Armstrong, a okazało się, że był to Buzz Aldrin we własnej osobie. Pan z poczekalni nie omieszkał zaznaczyć, że jest to jest stary kumpel, wprawdzie nieco starszy, ale za to dzielący pasję – oboje studiowali astronomię i z tego powodu zostali znajomymi.

Następnie mój rozgadany rozmówca zapragnął udowodnić mi, jak wieloma językami włada. Powiedział mniej więcej po jednym zdaniu w kilku europejskich językach, najwyraźniej za wszelką cenę chcąc wykazać, że nie jest typowym Amerykaninem, który posługuje się angielskim.

Na koniec jednak dyskusja zeszła na podróże – dowiedziałam się, że obecnie ów pan jest szefem jakiejś wielkiej agencji turystycznej i zarabia krocie. Kompletnie nie mógł zrozumieć, jak można podróżować w taki sposób, w jaki ja to robię – to jest autostop, namiot, plecak, minimum bagażu i to by było na tyle. Gdy szczerze wyznałam mu, że w ciągu dwóch miesięcy podróży po USA potrafiłam wydać nie więcej niż 1500 dolarów, roześmiał się, że on w ciągu jednego tygodnia podróży wydaje 10 000! Gdy powiedziałam, że kilka sztuk ubrań spokojnie wystarczy mi na kilka miesięcy wojaży w różnych warunkach pogodowych, ponownie roześmiał się, że on bierze średnio jedną walizkę na tydzień pobytu. Gdy w końcu powiedziałam mu, że naprawdę zupełnie nic więcej nie jest mi potrzebne do szczęścia, kolejny raz roześmiał się, że niemożliwe. Zostawił mi swoją wizytówkę i powiedział, że jak tylko będę potrzebowała, on już zorganizuje mi prawdziwą podróż i nawet załatwi lot dokądkolwiek tylko zechcę. Pomyślałam sobie, że niektórzy mają naprawdę dziwne pojęcie szczęścia albo wręcz zupełnie nie rozumieją, że ten stan jest całkowicie niezależny od zasobności portfela…

Tymczasem wybiła moja godzina i musiałam udać się na boarding. W kolejce ustawionej przed wejściem do samolotu usłyszałam jedną polską rodzinę. To był pierwszy i jedyny dotąd raz, kiedy spotkałam Polaków w trakcie swojej wyprawy.

Lot południowoamerykańskimi liniami LAN minął mi bardzo sennie. Liczyłam na niesamowite widoki, jednak w przeciwieństwie do pierwszego przelotu, ten drugi odbywał się dokładnie pionowo w dół, cały czas na południe przez noc – a więc ani mnie nie odmłodził, ani nie postarzał, ani nie zapewnił szczególnych widoków. Jednak o tym, co zastałam następnego poranka lecąc coraz niżej nad Ameryką Południową, opiszę w następnym poście za kilka dni – bo znów wybywam w busz bez internetu. Do usłyszenia niebawem!

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *