1 listopada według Indian Kamëntsá

1 listopada jest szczególnym dniem w bardzo wielu krajach świata – wszędzie tam, gdzie swoje tradycje przekazał Kościół Katolicki. Dotarł on również do Doliny Sibundoy w XIX wieku, silnie odznaczając się w lokalnych obrzędach tutejszych Indian Kamëntsá (zwanymi również krótko Kamsá, wym. kamensza, kamsza). Wiedziałam o tym już wcześniej, więc spodziewałam się ujrzeć w tym dniu obchody podobne do naszych, polskich. Historia jednak bywa pokrętna i tylko do pewnego stopnia pozwoliła katolickim zwyczajom zaznaczyć się w tej andyjskiej dolinie. Dziś chciałabym się podzielić z Wami moimi obserwacjami z tego szczególnego święta, które dane mi było spędzić z indiańską rodziną z plemienia Kamëntsá.

Czytaj dalej →

Medyczny fenomen

Gdy podróżuje się przez wiele miesięcy, nawet najlepsze przygotowania mogą nie wystarczyć i bywa, że musimy improwizować. Tak zdarza się często chociażby w kwestiach zdrowotnych. Złapanie bakcyla w podróży z pewnością nie należy do przyjemności, ba, wielu podróżnikom taka ewentualność spędza sen z powiek. Oczywiście są sposoby, aby zapobiegać niechcianym lekarskim perypetiom w trakcie egzotycznego wojażu, ale nie zawsze się sprawdzają. Można przygotować najbardziej uniwersalną apteczkę, zdolną uleczyć i z kataru, i z tropikalnego robactwa, ale żadna niewidzialna tarcza nie powstrzyma przed wproszeniem się do nas jakiegoś ustrojstwa, jeśli akurat będzie miało na to ochotę – a bo u nas wygodniej niż u sąsiada, a bo jadłospis lepiej dostosowany.

Czytaj dalej →

Indiańskie przedszkolaki

Indiańskie przedszkolaki

W trakcie mojego pobytu na Cabo de la Vela pewnego dnia o samym świcie wzięła mnie ochota na pobieganie. Bieganie było nadzwyczaj przyjemne, jeszcze zanim słońce zacznie prażyć i smażyć, kiedy wioska dopiero budzi się do życia. Po udanym pobieganiu wzięła mnie ochota na przejście się w głąb pustyni. Słyszałam, że znajduje się tam słone rozlewisko i wyobrażałam sobie, że musi to być bardzo fotogeniczne miejsce. Oczywiście ścieżki na pustyni nie są oznakowane i bardzo łatwo jest tam zabłądzić. Ponadto rozlewisko okazało się być o wiele bardziej odległe niż sądziłam. Ale dotarłam tam, już wtedy, gdy słońce bezlitośnie smażyło. Miałam na sobie jedynie kostium kąpielowy i krótkie spodenki – ale ani kapelusza, ani okularów słonecznych, ani kremu z filtrem, ani… butów. Więc trochę się nacierpiałam. Udało mi się jednak dotrzeć w utęsknione miejsce i zadumać nad opustoszałymi widokami niczym z Marsa. W drodze powrotnej słońce było już bardzo blisko zenitu, więc niewiele myśląc, zdjęłam spodnie i… założyłam je sobie na głowę, co by chociaż trochę ocalić swoje oblicze przed upieczeniem. I dalej boso włóczyłam się po bezdrożach, usiłując znaleźć skrót z powrotem do wioski. Błądząc tak po pustkowiu nagle natknęłam się na zabudowania. Zabudowania to może wiele powiedziane, dajmy na to… chatkę. Z owej chatki raz po raz wychylały się kolejne małe łebki szeroko roześmiane na widok zbłąkanej niewiasty ze spodniami na głowie. Śmiały się tak i szczerzyły swoje szczerbate buzie, a ja, niewiele mogąc poradzić na sytuację, pomachałam im tylko radośnie, starając się jak najszybciej opuścić to miejsce. Ale wtedy przyszedł i to głowy pewien pomysł. Jakby tu żenującą aferę przerobić na twórczą akcję?

Czytaj dalej →

Prawdziwe zielonookie blondynki

Pierwszym odwiedzonym przeze mnie miejscem w Bogocie było osławione Museo del Oro, muzeum złota. W niedzielę akurat wstęp jest darmowy, więc mnóstwo rodzin wybrało się na zwiedzanie – osób miejscowych było o wiele więcej niż turystów, ale po raz pierwszy od wielu miesięcy natknęłam się tu na Polaków! I do tego jedna osoba pochodziła z Łodzi, mojego miasta. Aż się ciepło robi na sercu ; ).

Muzeum jest wielkie i fascynujące, opowiada prawie wyłącznie o prekolumbijskich kulturach i ich złotych dokonaniach. Jest również wiele o magii, szamanach i tajemnych rytuałach. Ale nie o tym miała być mowa. W Museo del Oro spotkała mnie urokliwa sytuacja. Przechodząc od jednego eksponatu do drugiego, zauważyłam, że ktoś mi się wnikliwie przygląda. Była to dziewczynka, bardzo młoda, ale przy tym elegancka, o długich, ciemnych włosach. Na jej obliczu malował się zagadkowy uśmiech. Czytaj dalej →

Po Kolumbii najlepiej lądem

Po miesiącu pobytu na karaibskim wybrzeżu Kolumbii, ruszyłam dalej na południe. Z miejscowości Riohacha przedostałam się do stolicy, Bogoty, autobusem linii Copetran, które istnieją tu już od czasów II wojny światowej. Podróż trwała 20 godzin, było kilka przystanków, ale najdłuższe z nich trwały nie więcej niż 15 minut. Przed podjęciem decyzji na przejazd autobusem miałam spore wątpliwości po przeżyciach związanych z tym typem transportu w Peru.

Jak to wyglądało w ojczyźnie Inków?

Czytaj dalej →

Pomóżmy mieszkańcom Dominiki

Uwaga, pilne! Proszę o udostępnianie.

—> Maria Relief – pomoc dla ofiar huraganu na Dominice

Dominika jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej dzikich wysp Karaibów. W całości pokryta tropikalną dżunglą reprezentuje to, czym Karaiby były przed nadejściem cywilizacji z zachodu. To wyspa ponad 300 rzek, kolorowych papug, drzew owocowych i kompletnego „don’t worry, be happy”. Żyją tu ostatni potomkowie Indian Karibów. To właśnie na Dominice kręcono mnóstwo ujęć z kultowych Piratów z Karaibów. Mieszkańcy, głównie pochodzenia afrykańskiego, są bardziej przyjacielscy niż na jakiejkolwiek innej wyspie, którą dane mi było odwiedzić. Czytaj dalej →

Północny kraniec Południa, czyli o Cabo de la Vela

Lubię odkrywać nowe miejsca nie wiedząc o nich kompletnie nic, zanim ich nie ujrzę na własne oczy. Zawsze rodzi to niespodzianki, a przy okazji, nie mając żadnych wyobrażeń, nie mogę się także rozczarować.

O Cabo de la Vela, nie mogę jednak powiedzieć, że nie wiedziałam całkiem nic. Jest to najpopularniejszy spot kitesurfingowy w Kolumbii, i z tego też powodu w pierwotnym zamierzeniu chciałam się tu znaleźć. Wioska ta, położona w pobliżu północnego cypla Kolumbii, zajmuje jałowy obszar pustynny. Miejsca takie jak Cabo rządzą się swoimi własnymi prawami, które niekoniecznie muszą przestrzegać zasad logiki. Chyba, że wziąć pod uwagę logikę południowoamerykańską – wówczas jej tu aż nadto.

Cywilizacja ludzka wytworzyła osady dla ułatwienia zmagań z codzienną egzystencją. Ludy pustyni, zdawałoby się, wolą ją sobie utrudnić i musieć zmagać się z tym wszystkim, co już dawno zostało ujarzmione w miejscowościach nieopodal. Czytaj dalej →