Sycylia, Syrakuzy i Etna, czyli trochę starożytności i trochę wybuchowości

Pomysł zdobycia Etny pojawił się już przy wstępnym planowaniu żeglarskiej przeprawy przez Morze Śródziemne. Zarys trasy z czasem ewoluował, część miejsc musieliśmy sobie odpuścić, a do innych zawitaliśmy, bo tak nas wiatr prowadził. Etna jednak twardo trzymała się naszych planów. Jest to najwyższy wulkan Europy i przy tym jeden z najbardziej aktywnych na świecie. Położona tuż przy morzu, zapraszała z wielkiej odległości pod swe progi.

Między Maltą a Sycylią, niegdyś połączonymi lądem, półwiatr z zachodu dmuchał z gestem, i w jeden dzień żeglugi przywiał nas na południowo-wschodni cypel tej największej wyspy Morza Śródziemnego. Podobnie jak już dwa razy wcześniej, gdy byliśmy bardzo niedaleko lądu i widzieliśmy migocące światła miast nocą, wiatr kompletnie zamarł. W przeciągu jednej minuty od kilku stopni Beauforta do morza z oleju. Przyczyna tego zjawiska jest banalna i zazwyczaj jednakowa w podobnych sytuacjach – ląd zakrywa wiatr, rozprasza go i już nic nie zostaje do wypełnienia żagli. Zatem ostatnich kilka mil pokonaliśmy na silniku, dobijając po ciemku do kotwicowiska. Nazajutrz wietrzyk był tak delikatny, że płynęliśmy na otwartym spinakerze, pod wieczór dobijając nareszcie do miasta Syrakuzy.

Świątynia ku czci Apollona w Syrakuzach

Gdzie historia wychyla się z każdego kąta

Syrakuzy, dawna kolonia grecka, zaskoczyło nas już od pierwszej chwili. Po pierwsze, nie spodziewaliśmy się ujrzeć w zatoce mnóstwa gigantycznych jachtów, motorowych i żaglowych, które podświetlone nocą z wierzchu i od spodu, spowijały zatokę futurystyczną łuną. W Syrakuzach na każdym kroku spogląda na nas czujne oko Greka. Tu kolumna koryncka, tam dorycka, tu cała świątynia, tam ruiny, i tu jeszcze jedne ruiny, i tam też. Centralny plac wysepki Ortigia, będącej najbardziej reprezentacyjnym fragmentem miasta, zdobi wielka dziura w ziemi. Między 5 a 8 metrów poniżej dzisiejszego poziomu gruntu, znajdują się fundamenty wielkiej świątyni poświęconej Apollonowi, która z czasem została zaadoptowana na styl rzymski, bizantyjski, arabski i nawet normański. Z fundamentów wybijają potężne podstawy kolumn, 17 wzdłuż i 6 wszerz, a w samym centrum widać ślady murów dawnego tajemnego pomieszczenia kapłanów – adytonu. Ciekawie jest wyobrazić sobie, że nasi przodkowie teoretycznie chodzili po tej samej ziemi co my, ale jednak w praktyce ślady ich stóp dawno są już zakryte przyrostem historii o kilka metrów pod nami.

Jak sobie pościelesz…

Jacht zostawiliśmy w zatoce przed miastem, postanawiając dostać się pod sam wulkan drogą naziemną pod wieczór, aby wyczerpującą wspinaczkę odbyć w chłodnych godzinach doby. Pierwszy etap – autobus do miasta Catania. Na miejscu przykra niespodzianka – dalszego transportu na ten dzień już nie ma. A my potrzebowaliśmy dojechać do miasteczka Nicolosi, położonego jeszcze wyżej, u samych stóp Etny. Zawiedzeni, spędzamy noc przed dworcem, oczekując na pierwszy transport o samym świcie. Śpimy na ławce, oparci o plecaki, budząc się co kilka chwil. I przy każdej takiej chwili, o dziwo, akurat przechodzi koło nas ten sam młodzian, któremu wcześniej odmówiliśmy kupna „kokainy, heroiny, do koloru, do wyboru”. Sprawa jest jasna – ma nadzieję, że może w końcu tak zmienimy pozycję, że uda mu się niepostrzeżenie dobrać do zawartości naszych plecaków. No cóż, nie udało mu się, za to naszą noc trudno określić przespaną.

Autobusowy jarmark

O świcie 10 różnych osób podaje nam 10 różnych wskazówek, gdzie szukać właściwego autobusu, z którego miejsca odjeżdża, o której godzinie, gdzie kupić bilety itd. Autobusy niby już jeździły, ale kierowcy  odmawiali nam sprzedaży biletów, a biuro biletowe było zamknięte. To ci heca! Błąkamy się tak w nieskończoność, z miejsca w miejsce, aż z 5 robi się 6, a z 6 – 7. Kierowcy autobusów jacyś tacy mało sympatyczni, chyba wkurzeni, że w sobotę muszą wstawać na 5 do roboty, zresztą co im się dziwić. W końcu, nareszcie, otwierają biuro, mamy bilety, jedziemy!

Miłe zaskoczenie

Widok na Etnę

W pół godziny docieramy do upragnionego Nicolosi. Woda jest, jedzenie jest, ubrania na ciepło i zimno są. Siły trochę zużyte po nieprzespanej nocy, ale motywacja zwycięża. Przechodzimy na drugą stronę miasteczka, coraz bliżej wulkanu. Nie chcieliśmy się wysługiwać turystycznymi autobusami, ale z drugiej strony – pierwszy tysiąc metrów do pokonania to asfaltowa droga, zdecydowanie dla nas nieatrakcyjna. Zza naszych pleców nadjeżdża akurat osobówka. Paul wyciąga kciuk. Pierwsza próba, i jest, zatrzymuje się! Od zawsze wiedziałam, że autostop we Włoszech jest praktycznie niemożliwy. Kolejni zawiedzeni autostopowicze odradzali mi tę metodę, a tu masz ci los! Kierowcą był sympatyczny starszy pan, który nie mówił ani słowa w innym języku niż włoski. A jednak, mieszaniną francuskiego, hiszpańskiego i silnej gestykulacji, udało nam się poprowadzić długą rozmowę. Trwała ona długo, bo i starszy pan postanowił zboczyć ze swojej trasy, i zawieźć nas aż do schroniska w połowie wysokości wulkanu, po drodze opowiadając nam mnóstwo fantastycznych rzeczy.

Z gromowładnym za pan brat

Z Francesco, panem, który udowodnił, że autostop we Włoszech działa jak ulał!

Kierowca mieszkał na Sycylii, ale spytany o to czy czuje się bardziej Włochem czy Sycylijczykiem, z zagadkowym grymasem na twarzy odparł, że Włochem. Prawdopodobnie nie wszyscy Włosi zgadzają się z sycylijską autonomią. Zapytałam, czy nie boi się żyć tak blisko aktywnego wulkanu, na co odpowiedział: „Wulkan jest moim przyjacielem. Użyźnia nasze ziemie, dostarcza kamienia na budowę domów, jest ozdobą i rozrywką regionu”. Co jakiś czas zatrzymywał się i pokazywał nam coraz szerzej roztaczający się widok na pobliskie wioski, miasto Catanię i rozległe pejzaże Sycylii. Opowiadał o kolejnych, zapamiętanych przez siebie wybuchach Etny. Na przykład o tym, że 15 lat temu mieszkańcy regionu musieli przez tydzień chodzić po ulicach z parasolami, aby chronić się przed drobnym popiołem, który opadał jeszcze długo po zakończeniu erupcji. Etna jest bardzo aktywna i wybucha praktycznie każdego roku. Przy jednej z niedawnych erupcji uległa zniszczeniu wioska po drugiej stronie góry.

Nikt i nic mnie stąd nie wykurzy!

Castillo Ursino, jedyny budynek w Catanii, który stawił czoła wylewowi lawy w XVI wieku.

Pan Francesco przytoczył też barwną anegdotę z historii Catanii – w XVII wieku miała miejsce erupcja tak wielka, że z wolna spływająca lawa zalała pół miasta. Dotarłszy do zamku stojącego wówczas na brzegu morza, napotkała potężny, wysoki mur, a jednak i to udało jej się pokonać. Jako że lawa spływała powoli, mieszkańcy miasta mieli sporo czasu, aby uciec, ale właściciel zamku postanowił pozostać na miejscu i zapewne z niemałym przerażeniem spoglądał na wielki jęzor pożerający jego włości. Ściany fortecy okazały się jednak być dość solidne, aby wytrzymać napór 8-metrowej grubości rozżarzonych płynnych skał. Dziś zamek jest jedyną oryginalną budowlą z tamtych czasów i w tej części miasta. Po wizycie na Etnie pojechaliśmy zobaczyć ten słynny zamek i możemy poświadczyć, że choć skrócił się o ¼ wysokości, no i wejście musiało zostać wyburzone nieco wyżej, to stoi, ma się dobrze, i trwa tak już od XIII wieku.

Ponuro, ale przepięknie

Przy rifugio Giovanni Sapienza u podnóża góry pożegnaliśmy się z panem Francesco. Widok roztaczający się przy początku pieszej trasy, to rozległe, strome pole wielkich kraterów, czy to przyległych do siebie, czy to oddalonych, czy też połączonych jeden w drugim. Złamane kolory szarości, brązu i czerni przenikają każdy element pejzażu, a jednak ten ponury widok nie napawa nas ani strachem, ani smutkiem, lecz prawdziwym szacunkiem do sił przyrody. Do głównego krateru pozostało nam jeszcze wiele godzin wędrówki – nie było go nawet widać, przesłoniętego dziesiątkami innych, pomniejszych kraterów. Niektóre z nich pochodzą sprzed setek lat, inne ledwie sprzed kilku.

Już na początku postanowiliśmy zboczyć z głównego szlaku, i wspinać się po bezdrożach. Wszystkie zbocza góry pokryte są drobnymi kamieniami, które osuwają się spod stóp i wchodzą w buty. Nasza decyzja zaprowadziła nas na zbocze krateru tak stromego, że potrzeba było wspinać się na czworaka, byleby nie stoczyć się w dół wraz z zastygłymi okruchami lawy. Ach, kamienie! Dzięki tej nieco stresującej wspinaczce po osuwisku natrafiłam na fragmenty magmy, jakiej nie widziałam nigdzie wcześniej. Wulkan niby taki czarno-szary i ponury, a jednak w co jednym zaułku skały zaskakują odmiennością kształtów, kolorów, ciężaru, odporności…

Prawo nasz pan…

Z niektórych kraterów nieustannie dymi, zapachy jednak nie są doskwierające. Po spędzeniu kilku dni w Yellowstone wszystko jest przeniknięte odorem siarki, a na Etnie da się oddychać zupełnie swobodnie. Są za to inne czynniki, które odbierają płucom swobodę. Po przebyciu niebezpiecznie stromego krateru musieliśmy skierować się do głównego szlaku, aby zbliżyć się do szczytu. Tam zaskoczył nas ciąg busów-dżipów, które wypełnione turystami, jeden za drugim przebywały żwirową drogę. Wiedzieliśmy, że w niższych partiach góry można się przejechać wyciągiem, więc ominęliśmy tę atrakcję szerokim łukiem, a tu busy! Czuliśmy się całkiem zdegustowani, kiedy jeden za drugim wzbijały w powietrze chmury pyłu, przez który nie mogliśmy ani nic widzieć, ani oddychać. Przebyliśmy tę trasę najszybciej jak się dało, po czym dotarliśmy do tablicy z napisem „za tym znakiem wstęp wzbroniony bez przewodnika górskiego lub wulkanologicznego; złamanie przepisu jest karalne wg ustawy…”. Obok stał samochód i budka strażnicza. Później dowiedzieliśmy, że dawniej znajdował się tu plac i spory budynek, który uległ zniszczeniu przy jednej z niedawnych erupcji. Plac został nazwany imieniem filozofa Empedoklesa, który ponoć jako jedyny w historii Etny, popełnił samobójstwo rzucając się do jej krateru.

…albo i nie

Księżycowy krajobraz

No dobra, sytuacja wcale nas nie zaskoczyła. Dowiedzieliśmy się już wcześniej, że wstęp na szczyt jest dozwolony tylko po wynajęciu przewodnika za 200 euro. Ale nie mieliśmy ochoty na to przystawać. Postanowiliśmy kontynuować wędrówkę aż do miejsca, w którym poczujemy się poważnie zagrożeni. Zbliżał się już wieczór, autobusy przestały jeździć, samochód strażnika stał na miejscu, i zdawało się, że w pobliżu nie ma ani żywego ducha. Śmiało postąpiliśmy za tablicę zakazu. Tyle, ile się uda, to nasze.

Chmura gazów ulatniająca się z głównego krateru.

Zajrzeć w paszczę potwora

Zatem w drogę! Za tablicą zaczyna się rozległe pole mini-kraterów, dymiących fumaroli i niewielkich zapadlisk. Do szczytu zostało jeszcze 300 metrów w pionie. Na tym ostatnim fragmencie nie ma już kolorowych skał, są tylko czarne, a cały krajobraz jest prawdziwie księżycowy. Kontynuujemy wyprawę w górę, coraz bardziej stromo, coraz węziej, aż za kolejnym zakrętem całkiem znienacka wyłania się przed nami potężna przepaść. Spodziewaliśmy się, że po drodze napotkamy jeszcze kilka pomniejszych kraterów, a tu nagle stoimy o kilka metrów od kilkukilometrowej głębokości dziury w ziemi. Wydobywały się z niej potężne chmury gazów, biało-szarych, gęstych, tworzących pionowy komin, pchnięty przez wiatr w kierunku przeciwnym od nas. Tym, co najbardziej zbiło nas jednak z nóg, były odgłosy, jakie wulkan nieustannie z siebie wydobywał. Grzmiało jak przed burzą stulecia, jakby gniewny władca posyłał gromy, jakby wybuchała bomba za bombą w środku najkrwawszej wojny, i ani na chwilę nie przestawało. Gdy wiatr robił na chwilę dziurę w gazowych parach i dało się spojrzeć nieco głębiej w krater, widać było… przestrzeń bez dna. Odgłosy jednak dobywały się zadziwiająco blisko nas, jakby już tuż, zaraz, za moment, miało nastąpić jakieś Zdarzenie.

Gromowładny daje znaki

Za tymi skałami zaczyna się przepaść bez dna.

Chcieliśmy pozachwycać się dłużej, ale żadne z nas nie czuło się mile widziane przez wulkan. Gigantyczne chmury gazów i odgłosy bombardowania nie pozwalały nam czuć się bezpiecznie. Podziwialiśmy je przez chwilę, nie mając najmniejszej ochoty zbliżać się do toksycznej chmury. Zwróciliśmy uwagę, że skały wokół krateru, odmiennie od wszystkich innych miejsc na tej górze, pokryte są miękkim, wilgotnym osadem w kolorach biało-żółto-zielonym – najprawdopodobniej siarki. Spędziliśmy tak kilka chwil, napawając się dumą ze zdobycia Etny, oczywiście nielegalnie i bez zostania przyłapanym, po czym stwierdziliśmy, że nam starczy, i że nasze podziwianie będziemy kontynuować z niższych partii wulkanu. Oddalamy się na kilka kroków od płaskiego wierzchołka, mijając po drodze jeszcze niesamowite formacje zastygłej lawy, uformowane niczym strzegące wrót wulkanu gobliny. Ach, trzeba się im przyjrzeć bliżej! Mijamy jedną skałę, chcąc zobaczyć, czy za nią zobaczymy jeszcze ciekawsze kształty, ja idę przodem. Nagle przed moimi oczami pojawia się sylwetka mężczyzny, siedzącego na skale nad urwiskiem i wpatrzonego w krater nieco zaniepokojonym wzrokiem, sponad obiektywu aparatu. Odwracam się natychmiast do Paula – „ktoś tu jest!”. W nogi!

 

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Dwie głowy, dwa żagle i jeden wielki błękit

Dwie głowy, dwa żagle i jeden wielki błękit

Życie marynarza pełne jest wyzwań, przygód i… roboty niestety. Oto jesteśmy na świeżo po przebyciu pierwszej kilkudniowej przeprawy bez widoków lądu i tylko na dwie głowy. Z północnych wybrzeży Hiszpanii przedostaliśmy się na największą wyspę z archipelagu Balearów – Majorkę.

Jak nas widzą morskie stwory?

Cicho, ciepło i błękitnie.

Błękity w górze i w dole zlewają się ze sobą, aż obserwator czuje się, jakby go przeniesiono do innego wymiaru. Brak tu punktów orientacji, nie ma na czym zaczepić wzroku, podłoga łagodnie buja się w przód i w tył i na boki, i nie słychać ani najmniejszego szmeru. No, czasami. Jak los sprzyja.

Ile przy tej przyjemności jest roboty!

Jak dotąd na jeden dzień żeglugi przypada nam jeden dzień zadań do wypełnienia. To trzeba coś zszyć, to coś przewiercić, to znowu poprzestawiać, albo ulepszyć. Przy sporej dozie szczęścia w przybrzeżnych mieścinach udaje nam się znaleźć połowę potrzebnych rzeczy, w akceptowalnej cenie. Z resztą trzeba improwizować. Dziś żeglarstwo niestety w zbyt dużym stopniu uchodzi za sport dla bogatych emerytów, z którego to powodu za byle jaki drobiazg trzeba płacić majątek. Albo wykombinować jak do zastąpić czymś innym.

Po długim naprawianiu, wymienianiu i podrasowywaniu wyposażenia, przychodzi czas na relaks. Dziś kino na fali funduje nam wyśmienity zachód słońca przy popcornowej strawie.

Końca nie widać

Po raptem dwóch tygodniach żeglowania, lista zakupów i zadań do wypełnienia nie przestaje rosnąć. Gdy człowiek wejdzie w posiadanie czterdziestoletniego jachtu, oczywiście zdaje sobie sprawę, że wiele rzeczy będzie trzeba w nim wymienić. Z czasem przychodzą do głowy kolejne elementy, których nie ma w ogóle i które trzeba by wykombinować. A gdy już się wypłynie w rejs, wtedy wychodzi na jaw ile z tego, co się ma, sprawdza się na falach, a ile trzeba naprawić, wymienić, dokupić lub uświetnić.

Kilka przykładów z listy rzeczy do zrobienia po dwóch tygodniach?

– dokupić przednie światło nawigacyjne od lewej burty (przy ciągłym wchodzeniu i schodzeniu z pokładu ktoś z nas w końcu skopnął je do wody)
– dorobić uszczelkę do pompy (póki co robi za nią zwinięty worek na śmieci)
– kupić korbę do rozruchu silnika (na zaś, jakby bateria miała wyzionąć ducha
– zatkać dziury w nadmuchiwanym kajaku, który służy jako ponton (do brzegu dobijamy jeszcze jako tako, ale na pokład wracamy już w sflaczałej oponie)
– zmienić sznurki od obijaczy (bo przetarły się w 9/10 grubości)
– przymocować linkę do chorągiewki celnej (znak dla celników w porcie, żeśmy nietutejsi)
– przywiercić drzwiczki do szafki na buty (bo na morzu latają po całej kabinie)
– skombinować skądś sekstant i ogarnąć, o co w nim chodzi (to taki czarodziejski sprzęt sprzed wieków do określania położenia bez apek czy  GPSów)
– wejść na szczyt masztu i skontrolować stan mocowań (i pohuśtać się na linach :D)

Jak na dziś, roboty mamy od świtu do zmierzchu. Dzień mija między nimi zupełnie

Trzy żywioły: wiatr, słońce i woda. Tylko lądu ani śladu.

niezauważenie, aż do szóstej wieczorem zapominamy nawet o jedzeniu. Paul w kokpicie koncertuje na wiertarce, a ja w kabinie dopieszczam drobiazgi, co by nasz żeglarski żywot był nie tylko łatwiejszy, ale i przyjemniejszy.

Humorzasta matka natura

W zeszłym tygodniu, gdy staliśmy na cumach w porcie miasta Roses w Katalonii (Bój się Boga powiedzieć w Hiszpanii!), wiał wiatr tak silny, że flagi portowe stały dęba, a przechadzając się po pomoście trzeba było walczyć z wiatrem, skłaniając się przed nim niczym Michael Jackson w Smooth Criminal. Morze wtedy całkiem opustoszało, i my również musieliśmy się wstrzymać z żeglugą na kilka dni, bo przy takich podmuchach już samo nawet podpłynięcie do bram gęsto zapełnionego portu było ryzykowne.

Każdy kapitan ma swój styl.

Po trzech dniach wietrznego huraganu, pogoda uspokoiła się, i wtedy prognozy zaczęły ostrzegać, że wkrótce wiatr całkowicie zamrze przy wybrzeżu. Więc decydujemy – wyruszamy lada moment, trzeba wypłynąć dalej w morze, aby złapać bryzę w żagle, zanim bezwietrzna pułapka zatrzyma nas przy lądzie. Kierunek? Majorka!

W dniu wypłynięcia o świcie powitały nas  bardzo silne podmuchy. Jacht na kotwicy bujał się jak na otwartym morzu. W południe wiaterek ustabilizował się na idealnym poziomie, wiał równomiernie od boku i popychał nas w kierunku południowym tak gładko i jednostajnie, że mogliśmy puścić ster, zająć się lekturą albo graniem na gitarze, i tylko co kilka godzin delikatnie korygować kurs. W nocy zmienialiśmy wachty co dwie godziny, obserwując cały czas horyzont i czuwając, czy nasz kurs nie koliduje z jakąś inną jednostką, lub czy nie nadchodzą chmury zwiastujące rychłe nadejście szkwałów.

Jak w innym wymiarze

Wielki błękit, nagi horyzont i 2000 metrów otchłani.

Po zachodzie księżyca nadszedł wschód słońca, a wraz z nim niesamowite zjawisko – wiatr ustał, jakby kto wentylator wyłączył. Pstryk i nie ma. Środek morza, wielki błękit dookoła, ani jednej chmury, ani jednej fali, ba, nawet najmniejszej zmarszczki na wodzie, i my, w samym środku opustoszałego horyzontu, bez śladu lądu w zasięgu wzroku.

Opuściliśmy żagle, nastawiliśmy wodę na kawę i kolejne dwa dni spędziliśmy na środku Morza Śródziemnego, na głębokości ponad dwóch tysięcy metrów, jakbyśmy stali na kotwicy przy brzegu najspokojniejszego jeziora świata.

Tafla wody była tak gładka, że z powodzeniem służyła nam za zwierciadło. Choć panicznie boję się głębokości, nie daję się oprzeć pokusie i wyskakuję za burtę. Kilkanaście metrów pod sobą dostrzegam dwie srebrzyste meduzy, czarujące zgrabnym tańcem w ich powabnych sukniach. Wytężam wzrok, próbując dojrzeć coś jeszcze głębiej, ale ogrom głębokości pozwala mi tylko na oglądanie gry promieni słonecznych, które penetrują otchłań aż do niegościnnych im rejonów.

Coś, co warte jest wszystkich niewygód

Coś majaczy w oddali.

Po raz pierwszy ukazały się już na początku przeprawy z Roses na Majorkę. Było ich kilka, w znacznej odległości, i pokazywały same płetwy grzbietowe. W nocy, gdy pełniłam swoją wachtę, usłyszałam głośne, choć spokojne sapnięcia w bezpośrednim sąsiedztwie jachtu, nie mogłam jednak nic dostrzec. Zmiana wachty, poszłam spać, i kolejną pobudkę po dwóch godzinach serwuje mi Paul krzycząc „pełno ich dookoła!”.

Tajemniczy towarzysze

Delfiny pozostały z nami przez całą moją wachtę. Ścigały się to ze sobą, to z nami, wyskakiwały wysoko nad powierzchnię wody, pluskały, prychały, tuż, tuż obok nas. W świetle księżyca dało się je dostrzec nawet gołym okiem, a przy świetle latarki nasunęło się możliwa interpretacja tak licznej i rozweselonej ich obecności. Wokół jachtu, tuż pod powierzchnią wody, pływało pełno meduz. Były niewielkie, ale na tyle liczne, że najwyraźniej stanowiły dość nęcący kąsek dla naszych towarzyszy.

Dobijamy do Majorki.

Następnego dnia po południu wiatr znów ustaje na kilka godzin. Wtedy to szczęśliwy los powtarza się. Tym razem trasa wędrówki delfinów jest prostopadła do naszego bezwietrznego dryfu, ale przepływają one blisko, licznie i w wysokich podskokach. Przy pełnym słońcu widok ten zapiera dech. Zachwycamy się jak oczarowani, lecz niestety zanim zdążymy chwycić po aparat, delfiny są już daleko. Następnym razem się uda.

Kolumbijska bajka o powabnej krowie

Kolumbijska bajka o powabnej krowie

Życie ma to do siebie, że nieraz bywa w nim niefajnie. Coś nie wychodzi, ktoś zawodzi, co innego jeszcze zaszkodzi i wpadamy w dół. Wszyscy znamy to doskonale. W trakcie mojego pobytu w Kolumbii usłyszałam pewną historię, którą lubię sobie przypominać, gdy znów wpadam w ten nieprzyjemny stan. A było to tak…

Część I

Żyła sobie gdzieś wśród wysokich andyjskich szczytów pewna uboga rodzina. Miała niewielki domek i jedną jedyną, wspaniałą krowę. Piękna, powabna, urokliwa krasula była jedynym źródłem utrzymania rodziny. Okaz zdrowia i witalności, o połyskującej w słońcu sierści i krągłym zadzie, regularnie dawała najzdrowsze i najpyszniejsze mleko. A z tego mleka rodzina wytwarzała wszelkie produkty mleczne, jakie można sobie wymarzyć. Sery, masło, śmietanę, jogurty, twaróg, maślankę i czekoladowe smakołyki. Rodzina jednocześnie żywiła się darami swojej jałówki, jak i sprzedawała je okolicznej ludności. A że mleka krowa dawała w bród, radzili sobie nienajgorzej.

Część II

Miał maestro swojego ucznia. I pewnego dnia polecił maestro uczniowi, aby ten zakradł się do gospodarstwa rodziny posiadającej jedną jedyną, wspaniałą krowę. Uczeń miał zaprowadzić krasulę na szczyt pobliskiego wzgórza i ją zabić, nie zadając żadnych pytań. Podopieczny się zdumiał. „Jakże mógłbym wyrządzić tak wielką krzywdę tej niewinnej rodzinie? A czym zawiniła krowa?” – głowił się. Zakradł się więc uczeń do zagrody, porwał krowę i zaprowadził ją na wzgórze. Ze strasznym bólem w sercu wykonał zlecone mu zadanie. Przez długie lata dręczyły go wyrzuty sumienia. Dlaczego maestro zlecił mu tak podłe zadanie? Jaki był jego cel?

Część III

Mija pewien czas. Maestro ponownie wzywa ucznia i poleca mu odnaleźć dom rodziny, która niegdyś posiadała jedną jedyną, wspaniałą krowę. Uczeń trafia w miejsce, w którym dawniej znajdował się dom. Jednak wzgórze stało puste. Nie pozostał ani jeden ślad. Poszedł więc do najbliższego domu, aby spytać czy wiedzą tam, co się stało z sąsiadami. Posiadłość była wielka i bogata, a jej mieszkańcom musiało się bardzo dobrze powodzić. Właściciel mienia odparł, że to on sam jest ojcem tamtej rodziny, która niegdyś posiadała jedną jedyną, wspaniałą krowę. Nie zajmowano się tu już przetworami mlecznymi. Po utracie krowy rodzina założyła nową działalność, która wspaniale prosperowała. Stać ich było na wygodne życie, a przy tym wciąż pozostali ludźmi.

Jaki z tej historii wniosek? No dobra, wcale nie taki, że należy się pozbyć najcenniejszego, co się ma. A już tym bardziej nie taki, żeby zakraść się do sąsiada i zabić mu krowę J.

Puenta jest taka, że czasami trzeba opuścić swoją strefę komfortu, aby odkryć większe możliwości i lepszą ścieżkę życia. Wychodzenie ze strefy komfortu nie należy wcale do najprzyjemniejszych zadań, ale zwykle jest konieczne, aby wzrastać. Więc gdy czasami świat ci się wali, spytaj siebie, czy może to przejście nie jest konieczne, abyś przetarł oczy i coś zmienił.